Rzecki namawia go do małżeństwa ze Stawską. Wokulski nie godzi się na to i zwierza się, że zamierza wyjechać do Moskwy, lecz dokładnie nie wie, co tam będzie robił. W końcu nagle opuszcza Warszawę i udaje się w bliżej nieznanym kierunku, a cały jego majątek kupuje za dość niską cenę nabywa młody Szlangbaum.Lalka - Bolesław Prus: streszczenie, bohaterowie, problematyka Lalka to powieść społeczno-obyczajowa autorstwa Bolesława Prusa, która jest zarazem jedną z najczęściej pojawiających się lektur na maturze. Głównym bohaterem Lalki jest Stanisław Wokulski, człowiek mocno stąpający po ziemi - racjonalista, a z drugiej romantycznie zakochany idealista. Powieść Prusa koncentruje się na zderzeniu romantycznego i pozytywistycznego idealizmu z realizmem. Lalkę Prusa powinien znać każdy bez wyjątku! Przeczytaj albo posłuchaj! Lalka, część I - Bolesław Prus. Posłuchaj streszczenia i charakterystyki najważniejszych postaci To view this video please enable JavaScript, and consider upgrading to a web browser that supports HTML5 video Spis treściLalka - najważniejsze informacjeLalka - streszczenie Jest matura, jest Lalka. Nawet jak nie ma Lalki - Lalka jest. Nawet jeżeli temat „Praca – pasja czy obowiązek na podstawie Ziemi, planety ludzi Antoine’a de Saint Exupery’ego,” dotyczy innej książki, wiedz, że w większości prac pojawia się Rzecki. Chociażby dlatego Lalkę warto znać. Lalka - najważniejsze informacje Lalka jest panoramiczną powieścią realistyczną z cechami charakterystycznymi dla pozytywizmu, w którym powstała. Akcja powieści toczy się między 1876 a 1879 rokiem. Ważne wydarzenia historyczne, które znalazły się w powieści to: Powstanie listopadowe, w którym brał udział stryj Wokulskiego, Powstanie styczniowe, w którym walczył sam Wokulski, Wiosna ludów i rewolucja na Węgrzech, Ignacy Rzecki chętnie czytał o tych wydarzeniach, epoka napoleońska, pojawia się w opowieściach ojca Rzeckiego, wielkiego wielbiciela Napoleona, wydarzenia lat 1978-79, wśród nich zamach na cesarza Wilhelma i woja rosyjsko-turecka. Większość wydarzeń historycznych pojawia się za sprawą Ignacego Rzeckiego, z zamiłowania historyka. Lalka - streszczenie TOM I Powieść rozpoczyna się spotkaniem kilku znajomych, w popularnej warszawskiej jadłodajni, gdzie przy piwie po prostu obgadują Stanisława Wokulskiego. Ciekawi ich gdzie aktualnie przebywa, co robi i jaka jest przyszłość jego sklepu galanteryjnego. Wokulski wyjechał na wojnę rosyjsko-turecką, zostawił sklep pod opieką subiekta i przyjaciela, Ignacego Rzeckiego, i słuch o nim zaginął. Z pewnością to tylko kwestia czasu, a sklep przestanie istnieć. Przy okazji w tym miejscu poznajemy historię głównego bohatera - Wokulskiego. Stanisław Wokulski, 46 - letni obecnie mężczyzna, pochodził ze zubożałej szlachty. Najbardziej w życiu (o dziwo) chciał się uczyć. Pracował więc w winiarni Hopfera, nocami uczył się, a potem dostał się do Szkole Przygotowawczej (czyli na taki kurs przygotowujący do Szkoły Głównej ). Ostatecznie przyjęli go do Szkoły Głównej. Wytrwał w niej niecały rok i postanowił wziąć udział w Postaniu Styczniowym. Powstanie upada, a Wokulski zostaje wywieziony na Syberię. Tam spotyka profesorów, naukowców, inteligencję, która tak jak on ponosi karę za udział w powstaniu. Wykorzystuje to, czerpie wiedzę od poznanych tam ludzi, a w 1870 roku wraca do Warszawy. Łatwo nie jest. Nie ma pracy, nie ma pieniędzy. Przydaje się znajomość z pracy u Hopfera z Ignacym Rzeckim. Rzecki pracuje teraz w sklepie Minclów. Załatwia tam pracę Stanisławowi. Młody, dość przystojny Wokulski, wpada w oko starszej od niego wdowie po właścicielu sklepu. Biorą ślub. Miłości to tam raczej , a nawet na pewno nie było, ale były pieniądze pani Minclowej. Po 4 latach, tym razem Wokulski zostaje wdowcem, młodym wdowcem ze spadkiem. Pewnego dnia w teatrze dostrzega przepiękną kobietę, w której zakochuje się obłędnie, oczywiście od pierwszego spojrzenia. Ta kobieta to Izabela Łęcka, dwudziestoparoletnia arystokratka, której ojciec roztrwonił rodzinny majątek. Piękna, rozpieszczona, przyzwyczajona do luksusów, na które nie może sobie już teraz pozwolić. Izabela przekonana o swojej wyjątkowości, z wyższością patrzyła i odnosiła się do prostego, prozaicznego w obyciu Wokulskiego. Arystokracja, do której należała, wg niej nadawała rzeczywistości aurę poetyckości, wyjątkowości i piękna. Uf, Izabela – współczesny pustak, próżny, egoistyczny, przekonany o swoim bogatym życiu wewnętrznym, o tym, że jest darem dla świata. Pozwalam ci się łaskawie podziwiać świecie. Z drugiej strony, nie ma co winić młodej, pięknej kobiety za to, że nie zakochała się w dużo od niej starszym, jednak nachalnym ze swoją miłością i zaangażowaniem facecie. No wykorzystywała go, to prawda, kiepskie to, ale że ją męczył swoim zachowaniem, swoim natrętnym okazywaniem miłości, swoją namolnością, to niestety też prawda. Tak czy inaczej, Wokulski postanowił zwiększyć swój majątek. Zabiera oszczędności i wyjeżdża na wojnę rosyjsko-turecką, która toczyła się też w Bułgarii, stąd spotkać się możesz z określeniem – wojna bułgarska. Każda wojna, jak wiadomo, niektórym przynosi zyski. Stanisław wzbogacił się na niej wielokrotnie. Jak? Na handlu. Na jakim? W książce jednoznaczna jest sprzedaż towarów dla wojska, i chodzi tu przede wszystkim o mąkę lub zboża. Natkniesz się jednak pewnie ze stwierdzeniem, że handlował bronią. W powieści tego nie ma, ale wśród czytelników, w obiegu potocznym, taki domysł jest popularny. Bo czy można się, aż tak wzbogacić na mące? Uważaj jednak na tę sugestię, pisząc rozprawkę. BĘDZIE TO BŁĄD RZECZOWY. W utworze pada takie podejrzenie ze strony jednej z drugoplanowych postaci, niejakiego Szprota. Nie ma jednak nigdzie potwierdzonej tej tezy. Tak jak to i dzisiaj bywa, teorii na temat majątków różnych bogaczy zazwyczaj jest wiele, a Szprot nie pałał sympatią do Wokulskiego. W pierwszych dwóch rozdziałach jest też trochę o Rzeckim, o jego zainteresowaniach i sposobie życia. Nic ciekawego. Każdy dzień Rzeckiego wygląda podobnie, od pobudki zaczynając, poprzez prowadzenie sklepu i wieczory w mieszkaniu. Skromny pokój przy sklepie, od 25 lat ten sam, tak samo urządzony, codzienne sprawy handlowe i oczekiwanie na powrót przyjaciela. Po dwóch rozdziałach następuje część powieści, która zatytułowana jest: Pamiętnik starego subiekta. Ma wszystkie cechy tego gatunku. Pisany w pierwszej osobie pamiętnik to rozważania, wspomnienia i opisy rzeczywistości. Kopalnia wiedzy dla czytającego. W tym rozdziale Rzecki opowiada o swoim dzieciństwie, o miłości do Napoleona, którą wpoił mu ojciec, o tym jak trafił do sklepu Minclów. Po wtrąceniu, jakim jest pamiętnik subiekta, wracamy do następnego, IV rozdziału. Wraca z wojny, bogatszy i wciąż zakochany w Izabeli, Stanisław Wokulski. Opowiada Rzeckiemu swoje przeżycia, niby słucha o tym co w sklepie, ale tak naprawdę wypytuje tylko o Łęckich. W następnym rozdziale poznajemy bliżej sytuację Łęckich. Piękna Izabela mieszka z ojcem i kuzynką Florentyną w mieszkaniu, w ich kamienicy, którą Łęcki też podnajmuje innym lokatorom. Mówi się, że będzie ona licytowana z powodu długów. Do tego wszystkiego, nawet posag panny Izabeli się rozpłynął. Tatuś lubi żyć hulaszczo, nie oszczędzając na wydatkach. Rozdział VI rozpoczyna się opisem jak to rozmarzona Izabela siedzi w swoim pokoju i czyta książkę Emila Zoli. Zola był wówczas bardzo popularnym, francuskim pisarzem. Izabela ma w swoim księgozbiorze jeszcze Szekspira, Dantego, Kraińskiego, francuskie żurnale mody. W Izabeli Prus skupił wszystkie cechy, których nie lubił, i które krytykował. Oderwanie od rzeczywistości, snobizm, pasożytowanie na innych, lekceważący stosunek do pracy. Izabela była nieprzydatna jako część organizmu, którym jest społeczeństwo. Panna jest zrozpaczona sytuacją finansową w jakiej się znaleźli. Trudno być damą na takim poziomie, bez pieniędzy niestety. Ojciec, któremu Wokulski zaproponował prowadzenie wspólnych interesów jest pełen entuzjazmu, ona niechętnie mu przytakuje. Z różnych stron dochodzą do niej informacje o filantropii Wokulskiego, o pomocy ojcu, skupowaniu ich weksli za zawyżoną cenę, serwisu. Głupia nie jest, może pusta, mało inteligentna, ale nie głupia. Zdaje sobie sprawę z zamiarów Wokulskiego. Chce ją facet w ten sposób do siebie przekonać i kupić. A Wokulski, zakochany po uszy, kupiec i naukowiec, a jednak romantyk. Próbuje jak może i korzysta z tego co może. Nie jest podobny do posągowego Apolla, w którym kocha się platonicznie i idiotycznie dziecinna Izabela, więc sięga do swojego majątku. A ona widzi w tym tylko swoją degradację. Szlachcianka, którą interesuje się zwykły, pospolity kupiec. Postanawia jednak przyjrzeć się bliżej się temu Wokulskiemu. Jedzie do jego sklepu, tam flirtuje bezczelnie z jednym z pracowników i obserwuje reakcję zakochanego Stanisława. Kojarzysz takie sytuacje z realnego życia? Taki układ zdarzeń denerwuje Wokulskiego. Czuje niesmak i zażenowanie zachowaniem Łęckiej. Trochę to burzy idealny obraz dziewczyny. Jest też poirytowany przechwałkami swojego pracownika, jakie to wrażenie zrobił na Izabeli, i jak bardzo mógłby się posunąć dalej. Wokulski wychodzi na spacer. Właśnie teraz Prus poprzez rozmyślania Wokulskiego zapoznaje czytelnika z historią miłości Stanisława, z celem wyjazdu na wojnę, czyli z tym co już wiesz. Zobaczył-zakochał się-zarobił na wojnie pieniądze, żeby poczuć się wartościowszym. 3xZ. Tutaj też w duchu pozytywistycznym i realistycznym powieści, Prus prowadzi Wokulskiego na Powiśle, gdzie bieda widoczna jest na każdym kroku. Ten zabieg pozwolił autorowi w rozmyślania Wokulskiego wpleść rozważania na temat sytuacji społeczeństwa polskiego. Na Powiślu spotyka swojego dawnego pracownika. Jest w trudnej sytuacji. Pomaga jemu i jego bratu. Zbliża się Wielkanoc. W wielki piątek Stanisław idzie do kościoła. Spotyka tam, kwestującą przy grobie z innymi szlachciankami Izabelę. Oczywiście zostawia jej sporą kwotę. Usłyszał też, jak Izabela rozmawia po angielsku. Pewna, że ten prostak nie zna tego języka, naśmiewa się z niego. I Wokulski ma następne zadanie do wykonania- postanawia nauczyć się angielskiego. W kościele Stanisław zauważa płaczącą, młodą dziewczynę, rozdającą drobne ubogim ludziom. Okazuje się, że jest prostytutką. Pomaga jej. Kieruje ją do sióstr Magdalenek, każe nauczyć się szyć. Dobry chłop ten Wokulski. Wrażliwy, uczciwy, pomocny, jak zakochany to szaleńczo. Ale co poradzić na brak miłości ze strony Izabeli? Czy to jej wina, że go nie potrafi pokochać? Musisz samodzielnie odpowiedzieć na pytanie, które jest częstym tematem rozprawek. Rozum czy serce? Wybrać to co wygodne, rozumne i samo do ręki wchodzi, czy czekać na wielką, romantyczną miłość, najlepiej z pieniędzmi? Niedzielę świąteczną Wokulski spędza u Hrabiny Karolowej, wśród dużego grona arystokracji. Poznaje tam prezesową Zasławską, która była wielką miłością jego stryja. Wokulski jest przychylnie przyjęty przez gości, tylko Izabela jest oburzona obecnością kupca wśród arystokracji. Rozdział X to następna część pamiętnika Rzeckiego. Jest w nim znowu sporo wspomnień, rozważań na temat życia i postępowania Stanisława, ale też wiadomość o nowym sklepie Wokulskiego. Pomimo tego, że niby interes się rozwija, Wokulski jest mało nim zainteresowany. Wszystko co robi dotyczy Izabeli. Wykupił nawet na licytacji kamienicę Łęckich za zawyżoną cenę. Osacza ją finansowo i zwykłymi codziennymi sytuacjami. Wie np. kiedy bywa w parku na spacerach, więc też tam wtedy chodzi. Podstawił kogoś kto proponował wysoką sumę za kupno kamienicy, a Stanisław po nim, zaproponował jeszcze wyższą. W następnym rozdziale Wokulski poznaje kuzyna Izabeli Łęckiej, młodego Juliana Ochockiego. Ochocki to naukowiec, więc po drodze Wokulskiemu z nim. Stanisław zostaje również zaproszony na spotkanie z arystokracją w sprawie interesów. Przedstawia na nim propozycję handlową, która wszystkich zainteresowała i obecni tam, zakładają spółkę handlową. Nie każdemu jak widać pochodzenie Wokulskiego przeszkadza. Tam gdzie można zarobić, przymyka się na to oko. Pieniądz nie śmierdzi. Sukces zawodowy, o który Wokulski wcale nie zabiegał, nie rekompensuje mu braku szczęścia w miłości. Zakochany w tej Izabeli, a ona go ciągle ignoruje. Niby pracuje, ale bez zaangażowania, spotyka się z ludźmi, z którymi znajomość zbliża go do Łęckiej, ale samej miłości z jej strony to nie daje. Krótko mówiąc żal i beznadzieja. Możesz zapamiętać, że Wokulskiemu przytrafia się pojedynek z baronem Krzeszowskim. Ten pierwszy kupił klacz od żony barona, wystawił ją w wyścigu, klacz wygrała, pieniądze na cele charytatywne dostała obecna na zawodach – zgadnij kto - tak, tak.. Izabela. I afera gotowa. Że niby Wokulski go oszukał, że za mało za klacz zapłacił, że się dorabia jego kosztem. Prawdziwa draka. Koniec końców pojedynek wygrał Wokulski. Izabeli zdarza się myśleć o Wokulskim z mniejszą niechęcią, jednak jego status społeczny ciągle jej przeszkadza. Przecież arystokratka nie może zadawać się z kupcem! Niby ją ciekawi, trochę imponuje, ale to tyle, jeżeli chodzi o jej stosunek do Stanisława. Zaprasza go jednak na obiad. No i oszalał ze szczęścia Wokulski. Jak zaprasza, to na pewno coś lepszego go czeka z jej strony. W czasie obiadu wygłupia się drwiąc z etykiety, próbuje być zabawny, czym nawet trafia w poczucie humoru Izabeli. Po całkiem sympatycznie spędzonym dla obojga czasie, dostaje od Łęckich zaproszenie na wyjazd do Paryża. A skąd pieniądze na to? Z kamienicy, czyli wyjazd w zasadzie sponsoruje Wokulski. Wcześniej, Stanisław zaproponował dodatkowo Łęckiemu, że może zaopiekować się pieniędzmi, które dostali ze sprzedaży. Będzie nimi obracał, a oni dostaną z tego procent. No szaleje z miłości ten Wokulski. Pamiętasz: kupił od nich, o czym nie wiedzą kamienicę, za cenę, której nie jest warta, a potem jeszcze umówił się na dodatkowe pieniądze, które dla Izabeli i jej ojca będzie zarabiał. W szale szczęścia, po powrocie od Łęckich pomaga jeszcze paru osobom: Krzeszowskim, prostytutce poznanej w kościele, jednemu z pracowników, zgubienie pieniędzy darował. I do tego wszystkiego organizuje głośną owację na koncercie skrzypka włoskiego, którym Izabela jest zafascynowana. Tyle, że nierzadko jak coś się z jednej strony poukłada, to z innej się zepsuje. Nagle pojawia się w Warszawie dawna miłość Izabeli, Kazimierz Starski. Spotykają się w trójkę u Łęckich. Izabela jest wrogo nastawiona do Wokulskiego. Dowiedziała się, że to on wykupił ich kamienicę. Flirtuje ze Starskim. Ignorując Wokulskiego, rozmawiają ze sobą po angielsku. Tylko tu niespodzianka. Wokulski już na tyle zna angielski, że rozumie ich naśmiewanie się z niego. Żegna się chłodno z Łęckimi i w nocy wyjeżdża sam do Paryża. Tom I kończy pamiętnik Rzeckiego. Jak zawsze dużo w nim rozważań o codzienności, o Wokulskim i trochę wspomnień. Znowu dostajemy dawkę informacji o poznaniu Stanisława, o jego udziale w Powstaniu styczniowym i o ślubie z wdową Minclową. Po wyjeździe Stanisława do Paryża, Rzecki zajmuje się kupioną przez niego kamienicą Łęckich. Poznaje jej mieszkańców i szczególnie zainteresowała go Helena Stawska. Uważaj na nazwisko. Brzmi podobnie do nazwiska byłego Izabeli. On jest Starski, ona Stawska. Helena Stawska mieszka w kamienicy z matką i córeczką. Jej maż, niesłusznie oskarżony o morderstwo, 4 lata wcześniej zniknął. No szkoda z tym mężem, bo sobie Rzecki upatrzył Helenę na żonę dla Wokulskiego. Postanowił jednak pomóc jej w szukaniu męża, a dodatkowo obniżył też czynsz za mieszkanie. Uff, koniec tomu I-go! Chwila przerwy i lecimy dalej! Tom 2 znajdziesz w kolejnym odcinku: Lalka cz. II - Bolesław Prus: streszczenie, bohaterowie, problematyka, PODCAST65 osób uznało to za pomocne. kamahehe. report flag outlined. Izabela Łęcka była tą, dla której Stanisław Wokulski zrobiłby wszystko. To dla poprawienia sytuacji majątkowej jej rodziny kupił srebrny zastaw, pomógł uniknąć bankructwa przepłacając za kamienicę. Wykupuje klacz od baronowej Krzeszowskiej tylko dlatego, by Łęcka
XII. Wędrówki za cudzemi interesami. Wokulski powoli otwierał list pani Meliton, przypominając sobie niedawne wypadki. Zdawało się mu, że w nieoświetlonej części gabinetu jeszcze widzi ciemną gęstwinę łazienkowskich drzew, niewyraźne sylwetki obdartusów, którzy mu zastąpili drogę, a później wzgórek ze studnią, gdzie Ochocki zwierzał mu się ze swych pomysłów. Lecz gdy spojrzał na światło, mgliste obrazy znikały. Widział lampę z zielonym daszkiem, stos papierów, bronzy stojące na biurku i chwilami myślał, że Ochocki ze swemi machinami latającemi i jego własna rozpacz były tylko snem. „Co on za gieniusz? — mówił do siebie Wokulski — to zwyczajny marzyciel!... I panna Izabela taka sama kobieta, jak inne... Wyjdzie za mnie — dobrze; nie wyjdzie — to przecież nie umrę“. Rozłożył list i czytał: „Panie! Ważna wiadomość: za kilka dni Łęckim sprzedają kamienicę, a jedynym kupcem będzie baronowa Krzeszowska, ich kuzynka i nieprzyjaciółka. Wiem zpewnością, że zapłaci za dom tylko rubli; a w takim razie resztka posagu panny Izabeli, w kwocie rubli, przepadnie. Chwila jest bardzo pomyślna, gdyż panna Izabela, postawiona między biedą a wyjściem za marszałka, chętnie zgodzi się na każdą inną kombinacyą. Domyślam się, że tym razem nie postąpisz pan z nastręczającą się okazyą, jak z wekslami Łęckiego, które podarłeś w moich oczach. Pamiętaj pan: kobiety tak lubią być ściskane, że dla spotęgowania efektu, trzeba je niekiedy przydeptać nogą. Im zrobisz pan to bezwzględniej, tem pewniej cię pokocha. Pamiętaj pan!...“ „Zresztą możesz pan sprawić Beli małą przyjemność. Baron Krzeszowski, przyciśnięty potrzebą, sprzedał własnej żonie swoję ulubioną klacz, która w tych dniach ma się ścigać i na którą wiele rachował. O ile znam stosunki, Bela byłaby szczerze kontenta, gdyby ani baron, ani jego żona, nie posiadali tej klaczy w dniu wyścigów. Baron byłby zawstydzony, że sprzedał klacz, a baronowa zrozpaczona, gdyby klacz, wygrawszy, komu innemu przyniosła zysk. Bardzo subtelne są te wielkoświatowe komeraże, ale spróbój je pan zużytkować. Okazya zaś nastręcza się, gdyż, o ilem słyszała, niejaki Maruszewicz, przyjaciel obojga Krzeszowskich, ma Panu zaproponować kupno tej klaczy. Pamiętaj Pan, że kobiety są niewolnicami tylko tych, którzy potrafią je mocno trzymać i dogadzać ich kaprysom“. „Doprawdy, zaczynam wierzyć, że urodziłeś się Pan pod szczęśliwą gwiazdą, szczerze życzliwa A. M.“ Wokulski głęboko odetchnął; obie wiadomości były ważne. Drugi raz przeczytał list, podziwiając szorstki styl pani Meliton i uśmiechając się przy uwagach, jakie robiła nad swoją płcią. Mocno trzymać ludzi, czy okoliczności, to leżało w naturze Wokulskiego; wszystko i wszystkich chwytałby za kark, wyjąwszy — pannę Izabelę. Ona jedna była istotą, której wobec siebie chciał zostawić absolutną wolność, jeżeli nie panowanie. Mimowoli spojrzał na bok; służący stał przy drzwiach. — Idź spać — rzekł. — Żaraż pójdę, tylko był tu jeszcze pan — odparł służący. — Jaki pan? — Żosztawił bilet, leży na biurku. Na biurku leżał bilet Maruszewicza. — Aha!... Cóż ten pan mówił? — On niby, żeby tak, to nicz nie mówił. Tylko pytał się: kiedy pan jeszt w domu? A ja powiedziałem: koło dziesiąty ż rana i wtedy on powiedział, że przyjdzie jutro o dziesiąty, ino na minutkę. — Dobrze, dobranoc ci. — Upadam do nóg, proszę łaski pana. Służący wyszedł, Wokulski czuł się zupełnie otrzeźwionym. Ochocki i jego latające maszyny zmalały mu w oczach. Miał znowu energią, jak wówczas, kiedy wyjeżdżał do Bułgaryi. Wtedy szedł po majątek, a dziś ma okazyą rzucić jego część dla panny Izabeli. Kłuły go wyrazy listu p. Meliton: „postawiona między biedą i wyjściem za marszałka...“ Otóż ona nigdy nie znajdzie się w tem położeniu... A wydźwignie ją nie jakiś tam Ochocki, za pomocą swojej maszyny, ale on... Czuł w sobie taką siłę, iż gdyby w tej chwili sufit z dwoma piętrami spadł mu na głowę, chyba utrzymałby go. Wydobył z biurka swój notatnik i począł rachować: Klacz wyścigowa — głupstwo... Wydam najwyżej tysiąc rubli, z których wróci się przynajmniej część... Dom rs. posag panny Izabeli rs. razem rs. Bagatela!... prawie trzecia część mego majątku... W każdym razie za dom wróci mi się ze albo i więcej... No!... trzeba skłonić Łęckiego, ażeby te mnie powierzył; będę mu płacił rubli rocznie, jako dywidendę... Chyba im wystarczy?... Konia oddam berejterowi, niech on zajmie się puszczeniem go na wyścigi... O dziesiątej będzie u mnie Maruszewicz, o jedenastej pojadę do adwokata... Pieniądze dostanę na ósmy procent — rubli rocznie; a że mam napewno piętnaście procent... No i dom coś przynosi... A co powiedzą moi wspólnicy?... Ach, dużo mnie to obchodzi!... Mam rubli rocznie, ubędzie 12— rubli, zostanie rubli... Żona moja nudzićby się nie powinna... W ciągu roku wycofam się z tej kamienicy, choćby ze stratą rubli... Wreszcie to nie jest strata, to jej posag...“ Północ. Wokulski zaczął się rozbierać. Pod wpływem jasnookreślonego celu uspokoiły się rozstrojone nerwy. Zgasił światło, położył się i patrząc na firanki, któremi bujał wiatr, wpadający przez otwarte okno, zasnął jak kamień. Wstał o siódmej rano, tak rzeźki i wesoły, że zwróciło to uwagę służącego, który zaczął kręcić się po pokoju. — Czegóż to chcesz? — zapytał Wokulski. — Ja nicz. Ino, proszę pana, stróż chce, ale nie śmi prosić, żeby pan pofatygował się i potrzymał mu dzieczko do krztu. — A a a!... A pytał się, czy ja chcę, ażeby on miał dziecko? — Nie pytał się, bo pan był wtedy na wojnie. — No, dobrze. Będę jego kumem. — To możeby mnie pan teraż podarował sztary szurdut, bo jakże ja będę na krzcinach?... — Dobrze, weź ten surdut. — A reperaczyja?... — O, głupi jesteś, nie nudź mnie... Każ zreperować, choć nie wiem co... — Bo ja chciałbym, proszę pana, akszamitny kołmirz. — Przyszyj sobie aksamitny kołnierz i idź do dyabła. — Czałkiem beż potrzeby gniewa się pan, bo przecie to dla pańszkiego honoru, nie dla mego — odparł służący i wychodząc, trzasnął drzwiami. Czuł, że jego pan jest w wyjątkowo dobrem usposobieniu. Ubrawszy się, Wokulski usiadł do rachunków, pijąc przytem czystą herbatę. Po ukończeniu ich, napisał depeszę do Moskwy o asygnącyą na sto tysięcy rubli i drugą do agenta w Wiedniu, ażeby wstrzymał pewne obstalunki. Na kilka minut przed dziesiątą wszedł Maruszewicz. Młody człowiek wydawał się jeszcze bardziej zniszczonym i onieśmielonym, aniżeli wczoraj. — Pozwoli pan — odezwał się Maruszewicz po kilku słowach powitania — że odrazu położę karty na stół... Chodzi o oryginalną propozycyą... — Słucham, najoryginalniejszej... — Pani baronowa Krzeszowska (jestem przyjacielem obojga baronowstwa) — mówił zniszczony młodzieniec — pragnie zbyć klacz wyścigową. Zaraz pomyślałem, że pan, przy swoich stosunkach, może życzyłby sobie posiadać podobnego konia... Jest ogromna szansa wygranej, gdyż biegają prócz niej w wyścigu tylko dwa konie, znacznie słabsze... — Dlaczegóż pani baronowa sama nie puszcza tej klaczy? — Ona?... Ona jest śmiertelną nieprzyjaciółką wyścigów! — Pocóż więc kupiła klacz wyścigową? — Dla dwu przyczyn — odparł młody człowiek. — Najprzód baron, potrzebując pieniędzy na pokrycie długu honorowego, oświadczył, że zastrzeli się, jeżeli nie dostanie ośmiuset rubli, choćby za swoję ukochaną klacz a powtóre baronowa nie życzy sobie, aby jej mąż przyjmował udział w wyścigach. Więc kupiła klacz, ale dziś biedaczka choruje ze wstydu i rozpaczy i chciałaby pozbyć się jej za jakąkolwiek bądź cenę. — Mianowicie? — Ośmset rubli — odparł młody człowiek, spuszczając oczy. — Gdzie jest koń. — W maneżu Milera. — A dokumenta? — Oto są — odpowiedział już weselej młody człowiek, wydobywając paczkę papierów z bocznej kieszeni surduta. — Możemy zaraz skończyć? — spytał Wokulski, przeglądając papiery. — Natychmiast. — A po obiedzie pójdziemy obejrzeć konia? — O naturalnie... — Niech pan pisze kwit — rzekł Wokulski i wydobył pieniądze z biurka. — Na ośmset?... naturalnie!... — mówił młody człowiek. Szybko wziął papier i pióro i zaczął pisać. Wokulski zauważył, że młodzieńcowi trochę drżały ręce i twarz mu się mieniła. Kwit był napisany według wszelkich form. Wokulski położył ośm sturublówek i schował papiery. W chwilę później młody człowiek, ciągle zmięszany, opuścił gabinet; zbiegając zaś ze schodów myślał: „Podły jestem, tak, podły... Ale ostatecznie za kilka dni zwrócę babie dwieście rubli i powiem, że dołożył je Wokulski, poznawszy bliżej zalety konia. Oni przecież nie zetkną się, ani baron z żoną, ani ten... kupczyk z nimi... Kwit kazał sobie pisać... wyborny!... Jak to znać geszefciarza i parweniusza... O! strasznie jestem ukarany za moję lekkomyślność... O jedenastej Wokulski wyszedł na ulicę, z zamiarem udania się do adwokata. Ledwie jednak stanął przed bramą, wnet trzej dorożkarze, na widok jasnego paltota i białego kapelusza, współcześnie zacięli konie. Jeden wjechał drugiemu dyszlem w otwarty powóz, trzeci zaś, chcąc ich wyminąć, omało nie rozbił tragarza, niosącego ciężką szafę. Wszczął się hałas, bitwa na baty, świstanie policyantów, zbiegowisko i w rezultacie — dwaj najgorętsi dorożkarze sami siebie, własnemi powozami, odwieźli do cyrkułu. „Zła wróżba — pomyślał Wokulski i nagle uderzył się w czoło. — Pyszny interes! — mówił w sobie — idę do adwokata, ażeby mi kupił dom, a nie wiem, ani jak dom wygląda, ani nawet gdzie leży“. Wrócił napowrót do swego mieszkania i, w kapeluszu na głowie, z laską pod pachą, począł przerzucać kalendarz. Szczęściem słyszał, że dom Łęckich znajduje się gdzieś w okolicach Alei Jerozolimskiej; pomimo to upłynęło kilka minut, nim odszukał ulicę i numer. „Ładniebym się zarekomendował adwokatowi! — myślał, zchodząc ze schodów. — Jednego dnia namawiam ludzi, aby mi powierzyli kapitały, a drugiego kupuję kota w worku. Naturalnie, że odrazu skompromitowałbym albo siebie, albo... pannę Izabelę“. Skoczył w przejeżdżającą dorożkę i kazał skręcić ku Alei Jerozolimskiej. Na rogu wysiadł i poszedł piechotą w jednę z poprzecznych ulic. Dzień był piękny, niebo prawie bez obłoku, bruk bez kurzu. Okna domów pootwierane, niektóre dopiero myto; figlarny wiatr miotał spódnicami pokojówek, przyczem można było spostrzedz, że warszawska służba łatwiej odważa się myć okna na trzeciem piętrze, aniżeli własne nogi. Z wielu mieszkań odzywały się fortepiany, z wielu podwórek katarynki, albo monotonne nawoływania piaskarzy, szczotkarzy, tandeciarzy i im podobnych przedsiębierców. Tu i owdzie pod bramą ziewał stróż, odziany w niebieską bluzę; kilka psów goniło się po ulicy, którą nikt nie przejeżdżał; małe dzieci bawiły się odzieraniem kory z młodych kasztanów, którym jeszcze nie zdążyły pociemnieć jasno-zielone liście. Wogóle ulica przedstawiała się czysto, spokojnie i wesoło. Na drugim jej końcu widać nawet było odrobinę horyzontu i kępę drzew; lecz wiejski ten pejzaż, niestosowny dla Warszawy, zasłaniano teraz rusztowaniami i ścianą z cegły. Idąc prawym chodnikiem, dostrzegł Wokulski nalewo, mniej więcej w połowie ulicy, dom niezwykle żółtej barwy. Warszawa posiada bardzo wiele żółtych domów; jest to chyba najżółciejsze miasto pod słońcem. Ta jednak kamienica wydawała się żółciejszą od innych i na wystawie przedmiotów żółtych (jakiej zapewne doczekamy się kiedyś), otrzymałaby pierwszą nagrodę. Podszedłszy bliżej, Wokulski przekonał się, że nietylko on zwrócił uwagę na szczególną kamienicę; nawet psy, częściej tu, niż na jakimkolwiek innym murze, składały wizytowe bilety. — Do licha! — szepnął — zdaje mi się, że to właśnie jest ów dom... Istotnie, była to kamienica Łęckich. Zaczął się przypatrywać. Dom był trzypiętrowy; miał parę żelaznych balkonów i każde piętro zbudowane w innym stylu. Za to w architekturze bramy panował jeden tylko motyw, mianowicie: wachlarz. Górna część wrót miała formę rozłożonego wachlarza, którym mogłaby się chłodzić przedpotopowa olbrzymka. Na obu skrzydłach bramy były wyrzeźbione ogromne prostokąty, które, w rogach, również ozdobiono do połowy otwartemi wachlarzami. Najcenniejszem jednak upiększeniem bramy były, umieszczone w pośrodku jej skrzydeł, dwie rzeźby, przedstawiające główki gwoździ, ale tak wielkich, jakby niemi była przytwierdzona brama do kamienicy, a kamienica do Warszawy. Prawdziwą osobliwość stanowiła sień wjazdowa, posiadająca bardzo lichą podłogę, ale za to bardzo ładne krajobrazy na ścianach. Było tam tyle wzgórz, lasów, skał i potoków, że mieszkańcy domu śmiało mogli nie wyjeżdżać na letnie mieszkania. Podwórko, otoczone ze wszystkich stron trzypiętrowemi oficynami, wyglądało jak dno obszernej studni, napełnionej wonnem powietrzem. W każdym rogu były drzwi, a w jednym aż dwoje drzwi; pod oknem mieszkania stróża znajdował się śmietnik i wodociąg. Wokulski mimochodem spojrzał w klatkę głównych schodów, do których prowadziły szklanne drzwi. Schody zdawały się być mocno brudnemi; zato obok znajdowała się nisza, a w niej — nimfa z dzbankiem nad głową i utrąconym nosem. Ponieważ dzbanek miał zabarwienie amarantowe, twarz nimfy żółte, piersi zielone, a nogi niebieskie, można było odgadnąć, że nimfa stoi naprzeciw okna, posiadającego kolorowe szyby. „No, tak!...“ — mruknął Wokulski tonem, który nie zdradzał zbyt wielkiego zachwytu. W tej chwili z prawej oficyny wyszła piękna kobieta z małą dziewczynką. — Teraz, proszę mamy, pójdziemy do ogrodu? — pytało dziecko. — Nie, kochanie. Teraz pójdziemy do sklepu, a do ogrodu po obiedzie — odpowiedziała pani bardzo przyjemnym głosem. Była to wysoka szatynka, z szaremi oczami, o klasycznych rysach. Spojrzeli na siebie oboje z Wokulskim i — dama zarumieniła się. — Zkąd ja ją znam? — pomyślał Wokulski, wychodząc z bramy na ulicę. Dama obejrzała się, lecz, spostrzegłszy go, odwróciła głowę. „Tak — myślał — widziałem ją w kwietniu na grobach, a później w sklepie. Nawet Rzecki zwracał mi na nią uwagę i mówił, że ma śliczne nogi. Istotnie ładne“. Cofnął się znowu w bramę i począł czytać spis mieszkańców. „Co?... Baronowa Krzeszowska na drugiem piętrze!... Co?... co?... Maruszewicz, w lewej oficynie na pierwszem?... Szczególny zbieg okoliczności. Trzecie piętro od frontu studenci... Ale kto może być ta piękność? Prawa oficyna, pierwsze piętro — Jadwiga Misiewicz emerytka i Helena Stawska z córeczką. Z pewnością ona“. Wszedł na podwórko i oglądał się. Prawie wszystkie okna były otwarte. W tylnej oficynie na dole była pralnia, zatytułowana: paryską; na trzeciem piętrze było słychać kucie szewskiego młotka, poniżej na gzemsie gruchało parę gołębi, a na drugiem piętrze tej samej oficyny, od kilku minut rozlegały się miarowe dźwięki fortepianu i krzykliwy sopran, śpiewający gamę. — A!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... Wysoko nad sobą, na trzeciem piętrze, Wokulski usłyszał silny bas męski, który mówił: — O! znowu zażyła kussiny... Już z niej wyłazi soliter... Marysiu!... chodźno do nas... Jednocześnie z okna na drugiem piętrze wychyliła się głowa kobiety wołającej: — Marysiu!... wracaj mi zaraz do domu... Marysiu!... — Słowo daję, że to pani Krzeszowska — szepnął Wokulski. W tej chwili usłyszał charakterystyczny szelest: z trzeciego piętra padł strumień wody, trafił na wychyloną głowę pani Krzeszowskiej i rozprysnął się po podwórku. — Marysiu!... choć do nas... — wołał bas. — Nikczemnicy!... — odpowiedziała pani Krzeszowska, odwracając twarz w górę. Nowy strumień wody lunął z trzeciego piętra i zatamował jej mowę. Zarazem wychylił się ztamtąd młody człowiek z czarnym zarostem i, zobaczywszy cofającą się fizyognomią pani Krzeszowskiej, zawołał pięknym basem: — Ach, to pani dobrodziejka!... Bardzo przepraszam... Odpowiedział mu z mieszkania pani Krzeszówskiej spazmatyczny płacz niewieści: — O ja nieszczęśliwa!... Przysięgnę, że to on, nikczemnik, nasadził na mnie tych bandytów... Wywdzięcza mi się, żem go wydobyła z nędzy!... Żem kupiła jego konia!... Tymczasem na dole praczki prały bieliznę, na trzeciem piętrze szewc kuł, a na drugiem — w tylnej oficynie — dźwięczał fortepian i rozlegała się wrzaskliwa gama: — A!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... — Wesoły dom, nie ma co... — szepnął Wokulski, otrzepując krople wody, które mu spadły na rękaw. Wyszedł z podwórza na ulicę i jeszcze raz obejrzawszy nieruchomość, której miał zostać panem, skręcił w Aleję Jerozolimską. Tu wziął dorożkę i pojechał do adwokata. W przedpokoju adwokata zastał parę obdartych żydków i starą kobietę w chustce na głowie. Przez otwarte drzwi nalewo widać było szafy zapełnione aktami, trzech depedentów szybko piszących i kilku gości z waszecia, z których jeden miał fizyognomią kryminalną, a reszta bardzo znudzone. Stary lokaj z siwemi wąsami i podejrzliwem wejrzeniem, zdjął z Wokulskiego palto i zapytał: — Wielmożny pan na dłuższy interes? — Na krótszy. Wprowadził Wokulskiego do sali naprawo. — Jak mam zameldować? Wokulski podał bilet i został sam. W sali były sprzęty kryte amarantowym utrechtem, jak w wagonach pierwszej klasy, — kilka ozdobnych szaf z pięknie oprawnemi książkami, które tak wyglądały, jakby ich nigdy nie czytano, — na stole zaś parę ilustracyi i albumów, które, zdaje się, oglądali wszyscy. W jednym rogu sali stał gipsowy posąg bogini Temidy, z mosiężnemi wagami i brudnemi kolanami. — Pan mecenas prosi!... — odezwał się służący przez uchylone drzwi... Gabinet znakomitego adwokata miał sprzęty kryte bronzową skórą, w oknach bronzowego koloru firanki, a na ściennych obiciach bronzowe desenie. Sam gospodarz odziany był w bronzowy surdut i trzymał w ręku bardzo długi cybuch, u góry zakończony funtowym bursztynem i piórkiem. — Byłem pewny, że dziś powitam szanownego pana u siebie — rzekł adwokat, podsuwając Wokulskiemu fotel na kółkach i prostując nogą dywan, który się nieco zmarszczył. — Jednym wyrazem — ciągnął adwokat — możemy rachować na jakieś trzysta tysięcy rubli udziałów w naszej spółce. A że do rejenta pójdziemy jak najrychlej i gotówkę ściągniemy co do grosza, w tem może pan rachować na mnie... Wszystko to mówił, akcentując ważniejsze wyrazy, ściskał Wokulskiego za rękę i obserwował go zpod oka. — A tak... spółka!... — powtórzył Wokulski, usiadłszy na fotelu. — To rzecz tych panów, ile zbiorą gotówki. — No, zawsze kapitał... — wtrącił adwokat. — Mam go bez spółki. — Dowód zaufania... — Wystarcza mi własne. Adwokat umilkł i pośpiesznie zaczął ssać dym z piórka. — Mam prośbę do mecenasa — rzekł po chwili Wokulski. Adwokat utopił w nim spojrzenie, pragnąc odgadnąć: coto za prośba? Od natury jej bowiem zależał sposób słuchania. Widocznie jednak nie odkrył nic groźnego, gdyż jego fizyognomia przybrała wyraz poważnej lecz serdecznej życzliwości. — Chcę kupić kamienicę — ciągnął Wokulski. — Już?... — spytał mecenas, podnosząc brwi i schylając głowę. — Winszuję, bardzo winszuję... Dom handlowy nie napróżno nazywa się domem... Kamienica dla kupca, jest jak strzemię dla jeźdźca; pewniej siedzi na interesach. Handel, nie oparty na tak realnej podstawie, jaką jest dom, jest tylko kramarstwem. O jakąż to chodzi kamienicę, jeżeli szanowny pan raczysz mnie już zaszczycać swojem zaufaniem? — Ma być w tych dniach licytowany dom pana Łęckiego... — Znam — przerwał adwokat. — Mury wcale dobre, rzeczy drewniane należałoby stopniowo zmienić, w rezerwie ogród... Licytuje baronowa Krzeszowska do rubli, konkurentów zapewne nie będzie, kupimy najwyżej za rubli. — Choćby za dziewięćdziesiąt tysięcy, a nawet i więcej — wtrącił Wokulski. — Poco?... — skoczył na fotelu adwokat. — Baronowa poza sześćdziesiąt tysięcy nie wyjdzie, domów nikt dziś nie kupuje... Wcale dobry interes... — Dla mnie będzie dobrym nawet za dziewięćdziesiąt tysięcy. — Ale lepszym za — Nie chcę obdzierać mego przyszłego wspólnika. — Wspólnika?... — zawołał adwokat. — Ależ szanowny pan Łęcki jest stanowczym bankrutem; poprostu skrzywdziłbyś go pan, naddając mu jakieś kilka tysięcy rubli. Znam pogląd jego siostry, hrabiny, na tę sprawę... W chwili, gdy pan Łęcki zostanie bez grosza przy duszy, jego urocza córka, którą wszyscy uwielbiamy, wyjdzie za barona albo marszałka... Oczy Wokulskiego tak dziko błysnęły, że adwokat umilkł. Przypatrywał mu się, rozmyślał... Nagle uderzył się ręką w czoło. — Szanowny pan — rzekł — jesteś zdecydowany dać rubli za tę ruderę?... — Tak — odparł głucho Wokulski. — Sześćdziesiąt od dziewięćdziesięciu... posag panny Izabeli... — mruknął adwokat. — Aha!... Fizyognomia i cała postawa jego zmieniła się do niepoznania. Pociągnął z wielkiego bursztynu ogromny kłąb dymu, rozparł się na fotelu i trzęsąc ręką w stronę Wokulskiego, mówił: — Rozumiemy się, panie Wokulski. Wyznam ci, że jeszcze przed pięcioma minutami podejrzewałem cię, sam nie wiem o co, bo interesa twoje są czyste. Ale w tej chwili, wierz mi, masz we mnie tylko człowieka życzliwego i... sprzymierzeńca... — Teraz ja pana nie rozumiem — szepnął, spuszczając oczy, Wokulski. Adwokatowi na policzkach wystąpiły ceglaste rumieńce. Zadzwonił — wszedł służący. — Nie wpuszczać tu nikogo, dopóki nie zawołam — rzekł. — Słucham pana mecenasa — odparł markotny lokaj. Znowu zostali we dwu. — Panie... Stanisławie — zaczął adwokat. — Pan wie, co to jest nasza arystokracya i jej dodatki?... Jestto parę tysięcy ludzi, którzy wysysają cały kraj, topią pieniądze zagranicą, przywożą ztamtąd najgorsze nałogi, zarażają niemi klasy średnie, niby to zdrowe i — sami giną bez ratunku: ekonomicznie, fizyologicznie i moralnie. — Gdyby zmusić ich do pracy, gdyby skrzyżować z innemi warstwami, może... byłby z tego jaki pożytek, bo jużci są to organizacye subtelniejsze od naszych. Rozumie pan... skrzyżować, ale... nie wyrzucać na podtrzymanie ich rubli. Otóż do skrzyżowania pomagam panu, ale do strwonienia rubli — nie!... — Nic nie rozumiem pana — odparł cicho Wokulski. — Rozumiesz, tylko nie ufasz mi. Wielka to cnota: nieufność, leczyć z niej pana nie będę. Tyle ci powiem: Łęcki bankrut, może zostać... krewnym, nawet kupca, a tem bardziej kupca-szlachcica. Ale Łęcki z trzydziestoma tysiącami rubli w kieszeni!... — Panie mecenasie — przerwał Wokulski — czy zechce pan w mojem imieniu stanąć do licytacyi tego domu? — Stanę, lecz ponad to, co da pani Krzeszowska, postąpię najwyżej parę tysięcy. Wybacz pan, panie Wokulski, ale sam z sobą licytować się nie będę. — A jeżeli znajdzie się trzeci licytant? — Ha! W takim razie i jego zdystansuję, ażeby dogodzić pańskiemu kaprysowi. Wokulski wstał. — Dziękuję panu — rzekł — za parę słów szczerszych. Ma pan racyą, ale i ja mam moje racye... Pieniądze przyniosę panu jutro; teraz — do widzenia... — Żal mi pana — odpowiedział adwokat, ściskając go za rękę. — Dlaczegoż to? — Dlatego panie, że: kto chce zdobyć, musi zwyciężyć, zdusić przeciwnika, nie zaś karmić go z własnej spiżarni. Popełniasz pan błąd, który cię raczej odsunie aniżeli zbliży do celu. — Myli się pan. — Romantyk!... romantyk!... — powtarzał adwokat z uśmiechem. Wokulski wybiegł z domu adwokata i wsiadłszy w dorożkę, kazał się wieść w stronę ulicy Elektoralnej. Był zirytowany tem, że adwokat odkrył jego tajemnicę, i tem, że krytykował jego metodę postępowania. Naturalnie, że: kto chce zdobyć, musi zdusić przeciwnika; ależ tu zdobyczą miała być panna Izabela!... Wysiadł przed niepozornym sklepikiem, nad którym wisiał czarny szyld z żółtawym napisem: „Kantor wekslu i loteryi, S. Szlangbauma". Sklep był otwarty; za kontuarem obitym blachą i od publiczności oddzielonym drucianą siatką, siedział stary żyd z łysą głową i siwą brodą, jakby przylepioną do Kuryera. — Dzień dobry, panie Szlangbaum! — zawołał Wokulski. Żyd podniósł głowę i z czoła zsunął okulary na oczy. — Ach, to pan dobrodziej?... — odparł, ściskając go za rękę. Coto, czy już i pan patrzebuje pieniędzy?... — Nie — odpowiedział Wokulski, rzucając się na wyplatane krzesło przed kontuarem. A ponieważ wstyd mu było odrazu objaśnić: poco przyszedł, więc spytał: — Cóż słychać, panie Szlangbaum? — Źle! — odpowiedział starzec. — Na żydów zaczyna się prześladowanie. Może to i dobrze. Jak nas będą kopać i pluć i dręczyć, wtedy może upamiętają się i te młode żydki, co jak mój Henryk, poubierali się w surduty i nie zachowują swoje religie. — Kto was prześladuje! — odparł Wokulski. — Pan chce dowody?.. — spytał żyd. — Ma pan dowód w ten Kuryeru. Ja, onegdaj, posłałem do nich szaradę. Pan zgaduje szarady?... Posłałem taką: „Pierwsze i drugie — to jest zwierz kopytkowy, Pierwsze i trzecie — ozdabia damskie głowy; Wszystkie razem na wojnie strasznie goni, Niech nas Pan Bóg od tego zabroni“. Pan wie, co to?... Pierwsze i drugie — to jest: ko-za; pierwsze i trzecie — to jest ko-ki, a wszystkie — to są: ko-za-ki. A pan wie, co oni mi odpisali?... Zaraz... Podniósł Kuryer i czytał: — Odpowiedzie od redakcye. Panu W. W. Encyklopedye większe Orgelbranda... Nie to... Panu Motylkowi. Frak kładzie się... Nie to... A, jest!... Panu S. Szlangbaumowi: pańska szarada polityczna, nie jest gramatyczna. — Proszę pana: co tu jest z polityki? Żebym ja napisał szaradę o Dizraeli, albo o Bismarck, to byłaby polityka, ale: o kozaki, to przecie nie jest polityka, tylko wojskowość. — Ale gdzież w tem prześladowanie żydów? — spytał Wokulski. — Zaraz powiem. Pan sam musiał bronić od prześladowcy mego Henryka; ja to wszystko wiem, choć nie on mi mówił. A teraz o szaradę. Jak ja pół roku temu odniosłem moję szaradę do pana Szymanowskiego, to on mnie powiedział: „Panie Szlangbaum, my te szarade drukować nie będziemy, ale ja panu radzę, co lepiej byś pan pisał szarade, aniżeli brał procentów“. A ja mówię: „Panie redaktorże, jak mnie pan da tyle za szarady, co ja mam z procenty, to ja będę pisał“. A pan Szymanowski na to: „My, panie Szlangbaum, nie mamy takie pieniądze, żeby za pańskie szarady płacić“. To powiedział sam pan Szymanowski, słyszy pan? Nu, a oni mnie dzisiaj piszą w Kuryerku, że to niepolitycznie i niegramatycznie!... Jeszcze pół roku temu gadali inaczej. — A co teraz drukują w gazety na żydków!... Wokulski słuchał historyi o prześladowaniu żydów, patrząc na ścianę, gdzie wisiała tabelka loteryjna i bębniąc palcami w kontuar. Ale myślał o czem innem i wahał się. — Więc ciągle zajmujesz się szaradami, panie Szlangbaum? — spytał. — Coto ja!... — odparł stary żyd. — Ale ja panie, mam po Henryku wnuczka, co mu dopiero dziewięć lat i niechno pan słucha, jaki on do mnie w tamten tydzień list napisał. — Mój dziadku — on pisał, ten mały Michaś — ja potrzebuje takie szarade: Pierwsze znaczy dół, drugie — przeczenie. Wszystko razem kortowe odzienie. A jak dziadzio — on pisał, Michaś — zgadnie, to niech mi dziadzio przyszle sześć rubli na ten kortowy interes. — Ja się rozpłakałem, panie Wokulski, jakiem przeczytał. Bo ten pierwszy dół, to znaczy: spód, a przeczenie, to jest nie — a wszystkie razem, to są spodnie. Ja się spłakałem, panie Wokulski, co takie mądre dziecko, przez upartość Henryka, chodzi bez spodnie. Ale ja mu odpisałem: „Mój kochaneczku. Bardzo jestem kontent, że ty od dziadusia nauczyłeś się układać szarady. Ale, żebyś ty jeszcze nauczył się oszczędności, to ja tobie na te kortowe odzienie posyłam tylko cztery ruble. A jak ty się będziesz dobrze uczył, to ja tobie po wakacye sprawie takie szarade: Pierwsze znaczy po niemiecku usta, drugie godzina. Wszystkie kupuje się dziecku — jak do gimnazye chodzić zaczyna“. To znaczy: mund—ur; pan odrazu zgadł, panie Wokulski? — Więc i cała pańska rodzina bawi się szaradami? — wtrącił Wokulski. — Nietylko moja — odpowiedział Szlangbaum. — U nas, panie, niby u żydów, jak się młodzi zejdą, to oni nie zajmują się, jak u państwo, tańcami, komplementami, ubiorami, głupstwami, ale oni albo robią rachunki, albo oglądają uczone książki, jeden przed drugim zdaje egzamin, albo rozwiązują sobie: szarady, rebusy, szachowe zadanie. U nas ciągle jest zajęty rozum i dlatego żydzi mają rozum i dlatego, niech się pan nie obrazi, oni cały świat zawojują. U państwa wszystko się robi przez te sercowe gorączke i przez wojne, a u nas tylko przez mądrość i cierpliwość. Ostatnie wyrazy uderzyły Wokulskiego. On przecież zdobywał pannę Izabelę mądrością i cierpliwością... Jakaś otucha wstąpiła mu w serce, przestał wahać się i nagle rzekł: — Mam do pana prośbę panie Szlangbaum... — Pańskie prośbe tyle znaczy dla mnie co rozkaz, panie Wokulski. — Chcę kupić dom Łęckiego... — Znam go. On pójdzie za sześćdziesiąt parę tysięcy. — Chcę, żeby poszedł za dziewięćdziesiąt tysięcy i potrzebuję kogoś, ktoby licytował do tej sumy. Żyd szeroko otworzył oczy. — Jakto?... Pan chce zapłacić drożej o rubli?... — spytał. — Tak. — Przepraszam, ale nie rozumiem. Bo żeby panu dom sprzedawali, a Łęcki chciał jego kupić, wtedy pan miałby interes podbijać cenę. Ale jak pan kupuje, to pan ma interes zniżyć wartość... — Mam interes zapłacić drożej. Starzec potrząsnął głową i odezwał się pochwili: — Żebym ja pana nie znał, tobym myśłał, że pan robi zły interes; ale że ja pana znam, więc ja sobie myślę, co pan robi... dziwny interes. Nietylko pan zakopuje w mury gotówkę i traci na tem z dziesięć procentów rocznie, ale jeszcze chce pan zapłacić rubli więcej... Panie Wokulski — dodał biorąc go za rękę — nie zrób pan takie głupstwo. Ja pana proszę... Stary Szlangbaum pana prosi... — Wierz mi pan, że dobrze na tem wyjdę... Żyd nagle podniósł palec do czoła. Błysnęły mu oczy i zęby białe jak perły. — Ha! ha!... — zaśmiał się. — Nu, jaki ja już stary jestem, żem odrazu tego nie pomiarkował... Pan, panu Łęckiemu da rubli, a on panu ułatwi interes może na rubli... Git!... Ja panu dam licytanta, co on za piętnaście rubelków podbije cenę domu. Bardzo porządny pan, katolik, tylko jemu nie można dawać vadium do ręki... Ja panu dam jeszcze jakie dystyngowane damę, co także za dziesięć rubelków będzie podbijać... Ja mogę dać jeszcze z pare żydki, po pięć rubelków... Zrobi się taka licytacya, co pan może zapłacić za ten dom choćby 150 tysięcy i nikt nie zmiarkuje jaki jest interes... Wokulskiemu było trochę przykro. — W każdym razie sprawa zostaje między nami — rzekł. — Panie Wokulski — odparł żyd uroczyście — ja myślę, że pan nie potrzebował to powiedzieć. Pański sekret, to mój sekret. Pan ujął się za mój Henryczek, pan nie prześladuje żydów... Pożegnali się i Wokulski wrócił do swego mieszkania. Tam zastał już Maruszewicza, z którym pojechał do rajtszuli, obejrzeć kupioną klacz. Rajtszula składała się z dwu połączonych ze sobą budynków, tworzących jednę całość w formie szlify. W części okrągłej mieścił się maneż, w prostokątnej stajnie. W chwili gdy Wokulski z Maruszewiczem weszli tam, odbywała się lekcya konnej jazdy. Czterech panów i jedna dama jeździli, koń za koniem, wzdłuż ścian maneża; na środku stał dyrektor zakładu, mężczyzna z miną wojskową, w granatowej kurtce, białych obcisłych spodniach i wysokich butach z ostrogami. Byłto pan Miller; komenderował jeźdźcami, pomagając sobie w tej czynności długim batem, którym od czasu do czasu podcinał źle manewrującego konia, przyczem krzywił się jeździec. Wokulski zauważył naprędce, że jeden z panów, który jeździł bez strzemion, trzymając prawą rękę za plecami, ma minę łobuza, że drugi z nich pragnie zająć na koniu stanowisko środkujące między szyją a zadem, a czwarty wygląda tak, jakby w każdej chwili usiłował zsiąść z konia i już do końca życia nie ćwiczyć się w ekwitacyi. Tylko dama w amazonce jeździła śmiało i zręcznie, co Wokulskiemu nasunęło myśl, że na świecie niema dla kobiet pozycyi ani niewygodnej, ani niebezpiecznej. Maruszewicz zapoznał swego towarzysza z dyrektorem. — Właśnie czekałem na panów i natychmiast służę. Panie Szulc!... Wbiegł pan Szulc, młody blondyn, odziany również w granatową kurtkę, lecz jeszcze wyższe buty i obciślejsze spodnie. Z wojskowym ukłonem wziął do ręki symbol dyrektorskiej władzy i zanim Wokulski opuścił maneż, przekonał się, że Szulc, mimo młodego wieku, energiczniej włada batem, aniżeli sam dyrektor. Drugi bowiem pan aż syknął, a czwarty rozpoczął formalną kłótnię. — Pan — rzekł dyrektor do Wokulskiego — przyjmuje klacz barona ze wszelkiemi przynależytościami: siodłami, derami i tam dalej?... — Naturalnie. — W takim razie mam u pana sześćdziesiąt rubli za stajnią, której pan Krzeszowski nie opłacił. — Trudna rada. Weszli do stajenki widnej jak pokój, nawet ozdobionej dywanami, nie zbyt zresztą cennemi. Żłób był nowy i pełny, drabina tożsamo, na podłodze leżała świeża słoma. Pomimo to, bystre oko dyrektora dojrzało jakąś niestosowność, krzyknął bowiem: — Cóżto za porządek, panie Ksawery, do stu par dyabłów!... Czy w pańskiej sypialni konserwują się takie rzeczy?. .. Drugi pomocnik dyrektora ukazał się tylko na chwilę. Spojrzał, zniknął i z kurytarza zawołał: — Wojciech!... do stu tysięcy dyabłów... Zaraz mi zrób porządek, bo ci to wszystko każę położyć na stole... — Szczepan!... cholero jakiś... — odezwał się trzeci głos, za przepierzeniem. — Jak mi jeszcze raz, pieskie nasienie, tak stajnią zostawisz, to ci każę zbierać zębami... Jednocześnie rozległo się kilka tępych uderzeń, jakby ktoś pochwycił kogoś drugiego za głowę i uderzał nią o ścianę. Niebawem zaś, przez okno stajni, zobaczył Wokulski młodzieńca, z metalowemi guzikami przy kurtce, który wybiegł na podwórze po miotłę i znalazłszy takową, mimochodem zwalił przez łeb gapiącego się żydka. Jako przyrodnik podziwiał Wokulski tę nową formę prawa zachowania siły, gdzie gniew dyrektora w tak szczególny sposób zawędrował aż do istoty, znajdującej się poza rajtszulą. Tymczasem dyrektor kazał wyprowadzić klacz do kurytarza. Byłoto piękne zwierzę na cienkich nóżkach, z małą główką i oczyma, z których przeglądał dowcip i rzewność. Klaczka w przechodzie zwróciła się do Wokulskiego, wąchając go i chrapiąc, jakby w nim odgadła pana. — Już pana poznała — rzekł dyrektor. -— Niech jej pan da cukru... Piękna klacz!... To mówiąc, wydobył z kieszeni kawałek brudnej substancyi, nieco zalatującej tytuniem. Wokulski podał to klaczy, która bez namysłu zjadła. — Zakładam się o pięćdziesiąt rubli, że wygra!... — zawołał dyrektor. — Trzyma pan? — Owszem — odpowiedział Wokulski. — Wygra niezawodnie. Dam doskonałego dżokieja, a ten poprowadzi ją według mojej instrukcyi. Ale gdyby została przy baronie Krzeszowskim, niech mnie piorun trzaśnie, przywlokłaby się trzecia do mety. Zresztą, nawet nie trzymałbym jej na stajni... — Dyrektor jeszcze nie może uspokoić się — wtrącił ze słodkim uśmiechem Maruszewicz. — Uspokoić się!... — krzyknął dyrektor, czerwieniejąc z gniewu. — No, niech pan Wokulski osądzi, czy mogę nadal utrzymywać stosunki z człowiekiem, który opowiadał, że ja sprzedałem w lubelskie konia, co miał koler!... Takich rzeczy — wołał, coraz mocniej podnosząc głos — nie zapomina się, panie Maruszewicz. I gdyby hrabia nie załagodził afery, pan Krzeszowski miałby dziś kulę w udzie... Ja sprzedałem konia, co miał koler!... Żebym miał zapłacić od siebie sto rubli, klacz wygra... Żeby miała paść... Przekona się pan baron... Koń miał koler... Ha! ha! ha!... — wybuchnął demonicznym śmiechem dyrektor. Po obejrzeniu klaczy, panowie udali się do kancelaryi, gdzie Wokulski uregulował należne rachunki, przysięgając sobie, nie mówić o żadnym koniu, że ma koler. Na pożegnanie zaś, odezwał się: — Czy nie mógłbym, dyrektorze, wprowadzić tę klacz na wyścigi bezimiennie? — Zrobi się. — Ale... — O! niech pan będzie spokojny — odparł dyrektor, ściskając go za rękę. Dla dżentlmena dyskrecya jest pierwszą cnotą. Spodziewam się, że i pan Maruszewicz... — O!.. — potwierdził Maruszewicz, trzęsąc głową i ręką w taki sposób, że o tajemnicy, pogrzebanej w jego piersiach, nie można było wątpić. Wracając obok maneżu, Wokulski znowu usłyszał trzaśnięcie batem, po którem czwarty pan znowu rozpoczął kłótnią z zastępcą dyrektora. — To jest niedelikatność, mój panie!.. — krzyczał czwarty. — Odzienie mi popęka... — Wytrzyma — odparł flegmatycznie pan Szulc, trzaskając batem w kierunku drugiego pana. Wokulski opuścił rajtszulę. Gdy pożegnawszy się z Maruszewiczem, siadał w dorożkę, przyszła mu szczególna myśl do głowy: — Jeżeli ta klacz wygra, to panna Izabela pokocha mnie... I nagle zawrócił się; jeszcze przed chwilą obojętne zwierzę, stało mu się sympatycznem i interesującem. Wchodząc powtórnie do stajenki, usłyszał znowu charakterystyczny łoskot głowy ludzkiej uderzanej o ścianę. Jakoż istotnie z sąsiedniego przedziału wybiegł mocno zarumieniony chłopak stajenny, Szczepan, z włosami ułożonemi w taki wicherek, jakby mu dopieroco wyjęto z nich rękę, a zaraz po nim ukazał się i furman Wojciech, który ocierał o kurtkę nieco zatłuszczone palce. Wokulski dał starszemu trzy ruble, młodszemu rubla, i obiecał im na przyszłość gratyfikacye, byle tylko klaczka nie miała krzywdy. — Będę jej panie doglądał lepiej niż własnej żony — odpowiedział Wojciech z niskim ukłonem. — Ale i stary jej nie skrzywdzi, owszem... Na wyścigu, panie, pójdzie kobyłka jak szkło... Wokulski wszedł do stajenki i z kwadrans przypatrywał się klaczy. Niepokoiły go jej delikatne nóżki i sam drżał, na widok dreszczów przebiegających jej aksamitną skórę, myślał bowiem, że może zachorować. Potem objął ją za szyję, a gdy oparła mu na ramieniu główkę, całował ją i szeptał: — Gdybyś ty wiedziała, co od ciebie zależy!... gdybyś wiedziała... Odtąd po parę razy na dzień jeździł do maneżu, karmił klacz cukrem i pieścił się z nią. Czuł, że w jego realnym umyśle zaczyna kiełkować coś, jakby przesąd. Uważał to za dobrą wróżbę, gdy klacz witała go wesoło; lecz gdy była smutna, niepokój poruszał mu serce. Już bowiem, jadąc do maneżu, mówił sobie: „jeżeli zastanę ją wesołą, to mnie panna Izabela pokocha“. Niekiedy budził się w nim rozsądek; wówczas opanowywał go gniew i pogarda dla samego siebie. „Cóżto — myślał — czy moje życie ma zależeć od kaprysu jednej kobiety?... Czy nie znajdę stu innych?... Alboż pani Meliton nie obiecywała, że mnie zapozna z trzema, z czterma równie pięknemi?... Raz, dolicha, muszę się ocknąć!“... Ale zamiast ocknąć się, coraz głębiej zapadał w opętanie. Zdawało mu się, w chwilach świadomości, że na ziemi jeszcze chyba istnieją czarodzieje i, że jeden z nich rzucił na niego klątwę. Wtedy mówił z trwogą: „Ja nie jestem ten sam... Ja robię się jakimś innym człowiekiem... Zdaje mi się, że mi ktoś zamienił duszę!“... Chwilami znowu zabierał w nim głos przyrodnik i psycholog: „Oto — szeptał mu gdzieś w głębi mózgu — oto, jak mści się natura za pogwałcenie jej praw. Zamłodu lekceważyłeś serce, drwiłeś z miłości, sprzedałeś się na męża starej kobiecie, a teraz masz!... Przez długie lata oszczędzany kapitał uczuć, zwraca ci się dziś z procentem“... „Dobrzeto — myślał — ale w takim razie powinienem zostać rozpustnikiem; dlaczegóż więc myślę o niej jednej?“ „Licho wie — odpowiadał oponent. — Może właśnie ta kobieta najlepiej nadaje się do ciebie. Może naprawdę, jak mówi legienda, dusze wasze stanowiły kiedyś, przed wiekami, jednę całość?... „Więc i ona powinnaby mnie kochać... — mówił Wokulski. A potem dodawał: — jeżeli klacz wygra na wyścigach, będzie to znakiem, że mnie panna Izabela pokocha... Ach! stary głupcze, waryacie, do czego ty dochodzisz?“... Na parę dni przed wyścigami, złożył mu w mieszkaniu wizytę hrabia-anglik, z którym zaznajomił się podczas sesyi u księcia. Po zwykłem powitaniu, hrabia usiadł sztywnie na krześle i rzekł: — Z wizytą i z interesem — tek!.. Czy wolno?... — Służę hrabiemu. — Baron Krzeszowski — ciągnął hrabia — którego klacz nabył pan, zresztą najzupełniej prawidłowo — tek — ośmiela się najuprzejmiej prosić pana o ustąpienie mu jej... Cena nie stanowi nic... Baron porobił duże zakłady... Proponuje tysiąc dwieście rubli... Wokulskiemu zrobiło się zimno; gdyby sprzedał klacz, panna Izabela mogłaby nim pogardzić. — A jeżeli i ja mam moje widoki na tę klacz, panie hrabio?... — odparł. — W takim razie pan ma słuszne pierwszeństwo, tek — wycedził hrabia. — Zdecydował pan kwestyą — rzekł Wokulski z ukłonem. — Czy tek?... Bardzo żałuję barona, ale pańskie prawa są lepsze. Wstał z krzesła jak automat na sprężynach, i pożegnawszy się, dodał: — Kiedyż do rejenta, drogi panie, z naszą spółką?... Namyśliwszy się, przystępuję z pięćdziesięcioma tysiącami rubli... Tek. — To już zależy od panów. — Bardzo pragnąłbym widzieć ten kraj kwitnącym i dlatego, panie Wokulski, posiada pan całą moję sympatyą i szacunek, tek, bez względu na zmartwienie, jakie pan robi baronowi. Tek był pewnym, że mu pan ustąpi konia... — Nie mogę. — Pojmuję pana — zakończył hrabia. — Szlachcic, choćby się odział w skórę przemysłowca, musi wyleść z niej przy lada okazyi. Pan zaś, proszę mi wybaczyć śmiałość, jesteś przedewszystkiem szlachcicem i to w angielskiej edycyi, jakim każdy z nas być powinien. Mocno uścisnął mu rękę i wyszedł. Wokulski przyznawał w duszy, że ten oryginał udający maryonetkę, ma jednak dużo sympatycznych przymiotów. „Tak! — szepnął — z tymi panami przyjemniej żyć, aniżeli z kupcami. Oni są naprawdę ulepieni z innej gliny“... A potem dodał: „I dziwić się, że panna Izabela pogardza takim jak ja, wychowawszy się wśród takich, jak oni... No, ale co oni robią na świecie i dla świata?... Szanują ludzi, którzy mogą dać piętnasty procent od ich kapitałów... To jeszcze nie zasługa“. — Tam do licha! — mruknął, strzelając z palców — a zkąd oni wiedzą, że ja kupiłem klacz?... Bagatela!... przecież kupiłem ją od pani Krzeszowskiej za pośrednictwem Maruszewicza... Zresztą zaczęsto bywam w maneżu, wie o mnie cała służba... Eh! Zaczynam już palić głupstwa, jestem nieostrożny... Nie podobał mi się ten Maruszewicz...
Jesteś w: Ostatni dzwonek-> Lalka „Lalka” Bolesława Prusa - sprawdzian ze znajomości lektury z odpowiedziami Pod czyim nazwiskiem Wokulski kupił kamienicę Łęckich? Pod nazwiskiem Szlangbauma. Jak zareagował Wokulski, gdy inkasent Oberman zgubił ponad 400 rubli? Wokulski umorzył mu dług.
Streszczenie w pigułce Streszczenie szczegółowe Streszczenie – Pamiętniki starego subiekta Opracowanie Streszczenie Lalki Autorem Lalki jest Bolesław Prus (czyli właściwie Aleksander Głowacki, który ukrywał się pod tym pseudonimem). Powieść publikowana była w odcinkach w latach 1887- 1889 na łamach Kuriera Codziennego. Akcja powieści rozgrywa się od końca lutego 1878 r. do końca października 1879 r. Głównym bohaterem powieści jest Stanisław Wokulski. W momencie rozpoczęcia powieści ma 46 lat. Jest bogatym kupcem, właścicielem dwóch sklepów galanteryjnych w Warszawie. Bardzo umiejętnie gospodaruje swym majątkiem i szybko go pomnaża. O jego przeszłości dowiadujemy się ze wspomnień oraz rozmów innych bohaterów powieści. Urodził się w 1832 r. w zubożałej rodzinie szlacheckiej. Jak pisze Prus, ojciec Wokulskiego był „wysadzonym z siodła” szlachcicem. Młody Stanisław chciał się uczyć, lecz na przeszkodzie stała mu bieda. Zaczął więc pracę w jadłodajni u Hopfera. Pragnął dostać się na uniwersytet, więc w dzień pracował, a w nocy uczył się. Inni subiekci (czyli sprzedawcy w sklepie) często z niego kpili. W wieku 29 lat rzucił pracę u Hopfera, gdyż zapisał się na kurs przygotowawczy do egzaminów wstępnych na studia. W tym czasie mieszkał u Ignacego Rzeckiego, swojego przyjaciela, a utrzymywał się z korepetycji. Egzaminy poszły po jego myśli i został studentem Wydziału Matematyczno-Fizycznego w Szkole Głównej. Już po roku Stanisław porzucił mury uczelni, aby przystąpić do powstania styczniowego. Po jego upadku został zesłany na Sybir do Irkucka. Na zesłaniu nie próżnował – paradoksalnie był to jeden najlepszych okresów w życiu, gdyż poznał tam wielu uczonych, podobnie jak on zesłanych byłych powstańców. Długie rozmowy z nimi rozwinęły go intelektualnie i ugruntowały w przekonaniu o ogromnej roli nauki. Dopiero gdy miał 38 lat mógł wrócić do kraju. Długo nie mógł znaleźć pracy, gdyż niechętnie odnoszono się do byłych powstańców. Dzięki protekcji przyjaciela – Ignacego Rzeckiego – dostał pracę w sklepie Małgorzaty Mincel, wdowie po Janie Minclu. Małgorzata – jak mówi jeden z bohaterów była „babą grubo starszą od niego”. Zakochała się w Wokulskim i w końcu wyszła za niego. Jak wspomina Ignacy Rzecki, Wokulski był dobrym mężem choć nie pałał z miłości (w przeciwieństwie do żony). Sumiennie zajmował się sklepem i szybko zwiększał dochody, choć troszkę dusił się w tym małżeństwie. Minclowa zmarła niespodziewanie po 4 latach małżeństwa zostawiając Wokulskiemu w spadku dobrze prosperujący sklep oraz 30 tys. rubli (majątek dwóch pokoleń Minclów). Po śmierci żony Stanisław powrócił do książek, nieco odkładając sprawy kupieckie. Pewnego dnia podczas wizyty w teatrze zakochuje się od pierwszego wejrzenia w Izabeli Łęckiej. Odtąd jego życie przewraca się do góry nogami. Ku zdziwieniu wszystkich Wokulski bierze 30 tys. rubli i wyjeżdża za granicę pomnażać majątek. Ląduje w Bułgarii, gdzie zajmuje się handlem. Trwa tam właśnie wojna rosyjsko – turecka. Powraca po 8 miesiącach z majątkiem 10-krotnie powiększonym. W pierwszym rozdziale słyszymy rozmowę mężczyzn przy piwie, bardzo zdziwionych wyjazdem Wokulskiego. W końcu był ustawiony i nie musiał już nic robić do końca życia, żyjąc z pieniędzy Minclów. Po powrocie Stanisław wita się i rozmawia z Rzeckim, który sumiennie prowadził sklep podczas nieobecności szefa. W rozmowie Wokulski przyznaje, że wie co o nim mówią na mieście. Że „karmi się z fartucha żony”. Ta opinia była dla niego krzywdząca. W końcu Wokulski wybucha: „Mincle i zawsze Mincle!…Sam jeden przez pół roku zarobiłem dziesięć razy więcej aniżeli dwa pokolenia Minclów przez pół wieku.” Zagraniczny wyjazd Wokulskiego był umotywowany nie tylko tym, że chciał on udowodnić sobie i innym, że potrafi sam zrobić majątek. Dzięki pieniądzom może on zdobyć wyższą pozycję społeczną i wkupić się w łaski arystokracji, a co za tym idzie, zabiegać o przychylność ukochanej Izabeli Łęckiej. W dalszej części powieści narrator przybliża nam postać 25-letniej Izabeli oraz jej ojca Tomasza Łęckiego. Należą oni do liczącej się, arystokratycznej rodziny, która stoi na skraju bankructwa. Łęccy poprzez wystawne życie bardzo szybko roztrwonili majątek. Mimo kłopotów finansowych nie chcieli rezygnować z przyjemności. Aby za wszelką cenę utrzymać swą pozycję towarzyską, Tomasz nie zawahał się pozbawić córki posagu. Mieszkali w 8-pokojowej kamienicy przy Alejach Ujazdowskich. Pozostałe pomieszczenia wynajmowali. Poprawę ich sytuacji finansowej mogłoby zapewnić bogate zamążpójście Izabeli. Problemy finansowe Łęckich nie umknęły wytrawnemu kupcowi Wokulskiemu, który w oparciu o ten fakt, opracowuje strategię zdobycia serca Izabeli. Mimo iż nie zamienił z nią ani słowa, otacza jej rodzinę ze wszystkich stron. Zauważa to Izabela i mówi do siebie: „…nabywa nasze weksle, nasz serwis, opętuje mojego ojca i ciotkę, czyli – ze wszystkich stron otacza mnie sieciami jak myśliwiec zwierzynę. To już nie smutny wielbiciel, to nie konkurent, którego można odrzucić, to…zdobywca. O Boże! Nawet nie domyślałam się, jak głęboką jest przepaść, w którą spadam (…). Z salonów do sklepu. To już nie upadek, to hańba” Izabela postanawia przyjrzeć się Wokulskiemu z bliska i pod pretekstem zakupu rękawiczek pojechała do jego sklepu. Tam, udając, że Stanisław w ogóle jej nie interesuje flirtowała z Mraczewskim, jednym z pracowników. Wokulski widząc zachowanie Izabeli był rozczarowany, zrozumiał, że od ponad roku zabiega o zwykłą salonową kokietkę. Zderzenie z brutalną rzeczywistością bardzo go przygnębiło. Postanowił pospacerować po Powiślu – ubogiej dzielnicy Warszawy. Wszechobecna tam bieda wprowadziła go w stan zadumy i współczucia. Spotyka furmana Wysockiego – swojego byłego pracownika. Wysocki opowiada mu o swojej tragicznej sytuacji. Padł mu koń przez co stracił możliwość zarobkowania, a ma na utrzymaniu rodzinę. Wrażliwy na cierpienie Wokulski daje mu pieniądze i proponuje posadę dla jego brata, który również był w trudnej sytuacji. Nadszedł Wielki Piątek i Stanisław udał się do kościoła. Spotkał tam pannę Izabelę i hrabinę Karolową, które kwestowały przy grobie. Stanisław złożył datek i usłyszał jak Izabela mówi po angielsku. Natychmiast postanowił nauczyć się tego języka. W kościele zauważył też biedną dziewczynę i postanowił zainteresować się jej losem. Po wyjściu z kościoła zaprosił ją do pokoju Rzeckiego i pytał dlaczego płakała. Dziewczyna była prostytutką. Wokulski proponuje jej pomoc i namawia do zerwania z dotychczasowym życiem. Musi nauczyć się szyć. Ponadto wręcza jej listo polecający do sióstr magdalenek, które pomagają dziewczynom w jej sytuacji. Nadchodzi Wielka Niedziela. Wokulski udaje się na śniadanie do hrabiny Karolowej. W towarzystwie arystokracji i Łęckich rozprawiają o interesach. Stanisław cieszy się, że jego wpływy w wyższych sferach rosną, choć szczerze gardzi ich próżniactwem. Jedynie Izabela była niezadowolona z jego przybycia – uważa kupców za niegodnych przebywania z arystokracją. Stanisław zostaje zaproszony przez księcia na spotkanie z ludźmi zainteresowanymi handlem ze Wschodem. Tam przedstawia pomysł na biznes, który zostaje przyjęty z entuzjazmem. Po spotkaniu Wokulski poznaje Juliana Ochockiego – 28-letniego naukowca pochłoniętego ideą wynalazczości, który był kuzynem Izabeli. Julian robi ogromnie pozytywne wrażenie na Stanisławie. Tymczasem ojciec Izabeli – Tomasz Łęcki wystawia na sprzedaż swoją kamienicę. Stanisław wie, że niewiele jest ona warta, dlatego też umawia się z kolegą, który na licytacji podbija stawkę, dzięki czemu Wokulski słono przepłaca za jej kupno – a jednocześnie wspomaga finansowo rodzinę Łęckich. Łęccy nie wiedzą o tym, że to Wokulski stoi za kupnem kamienicy. Pewnego dnia Stanisław zostaje zaproszony do Łęckich na obiad. Podczas spotkania rozmawiają o obyczajach i interesach. Wokulski zostaje zaproszony na wspólny wyjazd do Paryża. Jest zachwycony. Nie wie jednak, że w rzeczywistości to Tomaszowi Łęckiemu bardziej zależy na jego znajomości, gdyż widzi w nim możliwość poprawy swej sytuacji majątkowej. Izabela co prawda patrzy na Stanisława przychylniejszym okiem, ale nadal nie wyobraża sobie ślubu z kupcem. Tymczasem stary subiekt, Ignacy Rzecki jest bardzo zaniepokojony dziwnym zachowaniem swojego przyjaciela. W końcu Stanisław przyznaje mu, że wszystko co robi jest podyktowane miłością do Izabeli. Do Stanisława przychodzi zdenerwowany Tomasz Łęcki, który myślał, że jego kamienica zostanie drożej sprzedana. Stanisław oferuje mu, że za powierzenie mu pieniędzy ze sprzedaży kamienicy, będzie wypłacał wysoki procent. Uradowany Tomasz zgadza się. Stanisławowi w rzeczywistości nie opłaca się ten ‘interes’. Po jakimś czasie Łęccy dowiadują się, że to właśnie Wokulski kupił ich kamienicę. Izabela jest oburzona i robi mu wyrzuty. Stanisław bardzo to przeżywa. Nagle ich rozmowę przerywa pojawienie się Kazimierza Starskiego – dawnego amanta Izabeli. Panna rozmawia z nim po angielsku myśląc, że Wokulski niczego nie rozumie. Ten zaś słysząc, że młodzi ze sobą flirtują wychodzi załamany i jeszcze tej samej nocy w samotności wyjeżdża do Paryża. Tam robi interesy z Suzinem i zwiedza miasto. Dużo rozmyśla nad swoim losem. Żałuje, że nie mógł poświęcić się nauce i że skończył jako kupiec, bezmyślnie uganiający się za pustą „salonową lalką”. Następnego dnia poznaje profesora Geista – chemika, powszechnie uważanego za szaleńca. Geist poznaje się na wartości Wokulskiego i domyśla się jego niezrealizowanego uczucia do kobiety. Próbuje namówić go na zmianę drogi życiowej i wręcza mu wynaleziony przez siebie metal lżejszy od powietrza. Stanisław był pod dużym wrażeniem Geista i nawet chciał z nim współpracować. Jednak po powrocie do hotelu dostał list od prezesowej Zasławskiej, która zaprasza go do swojej posiadłości – Zasławka. W liście napomina, że będzie tam również Izabela. Wokulski natychmiast wraca do Polski. W Zasławku mile spędza czas w towarzystwie. Z dystansem traktuje Izabelę, choć jak wiemy od narratora, to ona miała wpływ na zaproszenie Wokulskiego. Stanisław urósł w jej oczach. Jak mówił narrator „Nie był to już jakiś tam kupiec galanteryjny, ale człowiek, który wracał z Paryża, miał ogromny majątek i stosunki, którym zachwycał się baron, którego kokietowała Wąsowska.” Stanisław nadal kochał Izabelę. Goście zebrani w Zasławku wybierają się na grzybobranie. Korzystając z okazji Wokulski rozmawia z Izabelą . Między wierszami panna daje mu do zrozumienia, że relację między nimi można odbudować i że nawet może odwzajemni jego uczucie. Parę dni później Łęcka wyjeżdża, a Stanisławowi wraca nadzieja na spełnienie marzeń. Po powrocie do Warszawy Stanisław sprzedaje kamienicę Łęckich baronowej Krzeszowskiej. Mijają dni, a Izabela coraz częściej rozważa możliwość wyjścia za Wokulskiego – nie z miłości, lecz z wyrachowania i dbania o sytuację materialną. Stanisław bywa u niej w domu prawie codziennie, lecz więcej czasu spędzał z Tomaszem, gdyż Izabela ciągle przyjmowała gości , za którymi Wokulski nie przepadał. W trudnych chwilach Wokulski chodzi na rozmowy do pani Stawskiej, która wynajmowała mieszkanie w tej samej kamienicy. Była to dobra kobieta, mieszkająca z matką i małą córeczką. Jej mąż zaginął gdzieś w Algierii. Ignacy Rzecki zawsze marzył o tym, aby Stach ożenił się właśnie z nią, gdyż perfekcyjnie do siebie pasowali. Stanisław jest jednak ślepy z miłości do Izabeli i w ogóle nie bierze pod uwagę pani Stawskiej, która się w nim kocha.. Dochodzi do wyczekiwanych zaręczyn z Izabelą. Wokulski jest szczęśliwy i dla Izabeli planuje nawet sprzedać sklep. Jego przyjaciele, Rzecki i Szuman są zawiedzeni – wiedzą bowiem, że Stach źle ulokował uczucia. Tomasz i Izabela Łęccy postanawiają jechać do Krakowa, aby odwiedzić schorowaną ciotkę Hortensję, mając nadzieję, że zapisze im swój majątek. W podróży towarzyszy im Stanisław oraz Kazimierz Starski, były adorator Izabeli, który planował z Krakowa wyruszyć do Wiednia. Izabela i Starski rozmawiają w pociągu po angielsku nie zdając sobie sprawy, że Wokulski wszystko rozumie. Młodzi flirtują i drwią z niego. Justyna opowiada, że podczas zabawy ze Starskim zgubiła otrzymany od Wokulskiego metal profesora Geista. Stanisław daje narzeczonej do zrozumienia, że zna angielski. Jest zdruzgotany. Wysiada w Skierniewicach i przez kilka godzin nie wie co z sobą począć. W swej agonii kładzie się na torach, lecz ratuje go kolejarz Wysocki, brat woźnicy z Warszawy, któremu niegdyś pomógł Wokulski. Stanisław wraca do stolicy i popada w depresję. Przyjaciele próbują mu pomóc lecz bez skutku. Wraca do nauki i książek, eksperymentuje. Zwija interesy z arystokracją i w rozmowie z księciem wyznaje co myśli o jego stanie. Pozbywa się również sklepu, który sprzedaje staremu Żydowi Szlangbaumowi po czym wyjeżdża do Moskwy. Odtąd nie wiadomo co się stało z Wokulskim. Chodzą plotki, że wyjechał do Ameryki. Niektórzy mówią, że widzieli go w Zasławku, gdzie zdetonował ruiny zamku i prawdopodobnie sam w nich zginął. Rzecki zostaje wezwany przez adwokata, który ujawnia testament Wokulskiego. 140 tysięcy rubli dla Ochockiego, 25 tysięcy dla Rzeckiego, 20 tysięcy dla Stawskiej, a pozostałe 500 dla innych pracowników: Węgiełka, stolarza z Zasławia i obydwu Wysockich. Jakiś czas później Ignacy Rzecki umiera na zawał. Nikt nie wie co w rzeczywistości stało się ze Stanisławem. Panna Izabela zdradzając każdego kolejnego adoratora pozostała sama, a po śmierci jej ojca wstąpiła do klasztoru. Opracowanie Lalki Bolesław Prus publikował Lalkę w odcinkach na łamach Kuriera Codziennego w latach 1887-1889. Autor następująco określił cel napisania powieści: „(…) przedstawić naszych polskich idealistów na tle społecznego rozkładu. Rozkładem jest to, że ludzie dobrzy marnują się lub uciekają, a łotrom dzieje się dobrze. Że upadają przedsiębiorstwa polskie, a na ich gruzach wznoszą się fortuny żydowskie. Że kobiety dobre (Stawska) nie są szczęśliwe, a kobiety złe (Izabela Łęcka) są ubóstwiane. Że ludzie niepospolici rozbijają się o tysiące przeszkód (Wokulski), że uczciwi nie maja energii (książę), że człowieka gnębi powszechna nieufność i podejrzenie”. Głównym bohaterem powieści jest Stanisław Wokulski. W chwili jej rozpoczęcia ma 46 lat. O jego przeszłości dowiadujemy się z rozmowy dwóch fabrykantów: Węgrowicza i Deklewskiego. Nieprzychyli mu panowie nazywają Wokulskiego wariatem i awanturnikiem. Dowiadujemy się, że jako młody chłopak Stanisław pracował w winiarni u Hopfera, a zachciało mu się być uczonym. Za dnia pracował, a po nocach przygotowywał się do egzaminów wstępnych do Szkoły Głównej. Nawet ojciec Stanisława był zły, że syn wydaje pieniądze na książki. Sam miał nadzieję na odzyskanie majątku przez co procesował się, a to wymagało pieniędzy. Z dalszej części zakrapianej piwem rozmowy słyszymy, że Stanisław porzuca naukę aby wziąć udział w powstaniu styczniowym, za co po jego upadku zostaje zesłany na Sybir do Irkucka. Po siedmiu latach zesłania powraca do Warszawy i żeni się z wiele starszą od niego wdową Małgorzatą Mincel, przez co z biedaka staje się bogaczem. Mężczyźni dziwią się, że po śmierci żony (po 4 latach małżeństwa) Stanisław wyjeżdża pomnażać majątek, ryzykując własnym życiem. Handlował bronią w Bułgarii w czasie wojny rosyjsko-tureckiej. Wokulski doskonale zdawał sobie sprawę, że krążą o nim nieprzychylne opinie. Wybuchł ze złości podczas rozmowy z Ignacym Rzeckim. Opinia o tym, że karmi się z fartucha żony była dla niego krzywdząca – tym bardziej, że sam dowiódł że potrafi szybciej zrobić 10-krotnie większy majątek. Pokazuje to, że był on człowiekiem dumnym i ambitnym, a pozycja kupca galanteryjnego najwyraźniej go dusiła. Jego miłość do Izabeli Łęckiej pokazuje, że był w stanie zrobić dla kobiety wszystko. Pokazuje to romantyczną stronę jego duszy. Dotąd znany był raczej jako wprawiony kupiec, operatywny i logicznie działający człowiek, który często wpadał w wir nauki, którą od młodości ubóstwiał. Nagle z człowieka twardo stąpającego po ziemi upodabnia się do romantycznych kochanków: Gustawa i Wertera. Ten nagły wybuch uczucia tłumaczy jeden z bohaterów powieści – doktor Szuman, który mówił do Wokulskiego: „przez długie lata oszczędzany kapitał uczuć zwraca ci się teraz z procentem.” Stanisław był całkowicie zaślepiony Izabelą. Dla niej nawet zaczął budować stosunki z arystokracją, którą szczerze gardził. Wokulski na łamach powieści ukazuje się nam jako człowiek nieprzeciętny, który dzielnie pokonuje wszelkie przeciwności losu i tak naprawdę całe życie ma pod wiatr. Mimo szlacheckiego pochodzenia był ubogi i sam musiał harować, aby zarobić na naukę. Gdy już dostał się na uniwersytet po roku musiał go porzuć, aby walczyć w powstaniu. Kolejne siedem lat spędził na zesłaniu na Syberii. Aby zdobyć serce Izabeli zaczął obracać się w kręgach arystokratycznych, dzięki czemu ukazuje nam się obraz tej grupy społecznej. Koniec XIX wieku to schyłek arystokracji, której przedstawiciele są albo zbankrutowani albo już bardzo zadłużeni. Ich stan jest wynikiem nie tylko okoliczności historycznych ale również, a może przede wszystkim ich mentalności. Arystokratów łączy „pogarda dla wszelkiej pracy i wszelkich obowiązków”. Wśród nich majątek, albo się jeszcze posiada – tak jak np. książę – albo dziedziczy (na co liczy Starski), albo pożycza od Żydów (Krzeszowski i Łęcki). Przedstawiciele tej warstwy społecznej są ślepi na zmieniające się warunki ekonomiczne i rosnące w siłę bogate mieszczaństwo (kupcy i fabrykanci). Arystokraci próżnują i trawią majątki na przyjemności, jednocześnie wmawiając sobie rolę przywódczą w narodzie. Przebywają w swoim hermetycznym świecie. Nie okazują nawet solidarności wobec samych siebie. Gdy Łęccy tracą majątek natychmiast wszyscy się od nich odwracają. Tymi słowami wypowiada się o magnaterii adwokat, który zwraca się do Wokulskiego: „Chcieliby coś robić, mają nawet rozum i ukształcenie, ale… energii brak!… Choroba woli, panie: cała klasa jest nią dotknięta… Wszystko mają: pieniądze, tytuły, poważanie, nawet powodzenie u kobiet, więc niczego nie pragną.” Spośród arystokracji można wyodrębnić tylko trzy pozytywne postaci. Pierwszą z nich jest prezesowa Zasławska, która prowadzi wzorowy majątek ziemski. Dba o swoją służbę i pracowników. Buduje nowe czworaki dla parobków, ochronkę dla ich dzieci oraz przytułek dla starców. Po śmierci większość majątku przeznacza na cele dobroczynne. Zasławska była pozbawiona przesądów stanowych i uważała, że ludzi powinno oceniać się nie po ich pochodzeniu lecz po czynach. Do końca życia żałowała, że w młodości z powodu różnic klasowych nie poślubiła stryja Wokulskiego. Drugą pozytywną postacią z arystokracji był Julian Ochocki – 28 letni naukowiec – kuzyn Izabeli. Był ekscentrykiem i wynalazcą, który całą swą energię poświęcił nauce. Dostrzegał i gardził zepsuciem moralnym arystokracji. Ostatnim pozytywnym arystokratą był książę, który starał się dbać o interesy Polski. Był patriotą. Organizuje z Wokulskim spółkę do handlu ze Wschodem, jednak brak mu trochę energii do działania. Wystawne życie arystokracji kontrastuje z biedotą zamieszkującą Powiśle. W powieści są to ludzie bez szans i perspektyw, pozbawieni możliwości nauki. Ich los jest bardzo ważny dla Wokulskiego, który jako prawdziwy pozytywista chciałby wprowadzić w życie ideę pracy u podstaw, jednak w głębi duszy wie, że sam niczego nie zdziała. Wokulski zakochuje się od pierwszego wejrzenia w Izabeli Łęckiej, którą spotyka w teatrze. Jak czytamy w rozdziale V „Panna Izabela od kolebki żyła w świecie pięknym i nie tylko nadludzkim, ale – nadnaturalnym. Sypiała w puchach, odziewała się w jedwabie i hafty, siadała na rzeźbionych i wyściełanych hebanach lub palisandrach, piła z kryształów, jadła ze sreber i porcelany kosztowej jak złoto. Dla niej nie istniały pory roku, tylko wiekuista wiosna pełna łagodnego światła, żywych kwiatów i woni.” Izabela była przepiękną kobietą, o którą zabiegało wielu zalotników. Często nie przyjmowała zaręczyn. Gardziła instytucją małżeństwa i nie była zdolna do zakochania się. Oprócz pięknego wygląda niczego więcej nie mogła zaoferować. Za Wokulskiego zgadza się wyjść tylko dla poprawy sytuacji finansowej. Nie zamierzała zrezygnować z salonowych gier i flirtów. Lalka to powieść traktująca nie tylko o miłości, ale i o przyjaźni. O tym jak wygląda prawdziwa przyjaźń dowiadujemy się dzięki postawie subiekta Ignacego Rzeckiego – starego kawalera, który od dziecka pracował w sklepie. Podczas nieobecności Wokulskiego sumiennie zarządzał jego sklepem. Jest idealnym pracownikiem, nigdy się nie spóźniał. Pisał pamiętnik dzięki któremu dowiadujemy się o wielu wydarzeniach z przeszłości i o życiu Warszawy. Bardzo martwi go nieszczęśliwa miłość Stacha i wierzy w to, że po wyjeździe zaczął gdzieś życie od nowa. Był człowiekiem szlachetnym i bardzo skromnym. Lalka Bolesława Prusa jest powieścią wybitną, a jej przesłanie jest niestety negatywne. Powstała w okresie tzw. przełomu antypozytywistycznego w którym stracono już złudzenia co do możliwości zrealizowania ambitnych programów pozytywistycznych. Wokulski przechadzając się po Powiślu i obserwując tamtejszą nędzę wyraża gorzką ocenę: „Oto miniatura kraju – myślał – w którym wszystko dąży do spodlenia i wytępienia rasy. Jedni giną z niedostatku, a inni z rozpusty. Praca odejmuje sobie od ust, ażeby karmić niedołęgów; miłosierdzie hoduje bezczelnych próżniaków, a ubóstwo nie mogące zdobyć się na sprzęty otacza się wiecznie głodnymi dziećmi, których największą zaletą jest wczesna śmierć. Tu nie poradzi żadna jednostka z inicjatywą, bo wszystko sprzysięgło się, żeby ją spętać i zużyć w pustej walce – o nic.” Ciekawostki: – gdy Wokulski zrezygnował z pracy u Hopfera po to żeby się uczyć do egzaminów wstępnych na studia inni subiekci którzy często z niego drwili postanowili zrobić kawał i zabrać mu drabinę, bez której Stanisław nie mógł wyjść z piwnicy. Mimo to zdołał się wydostać o własnych siłach i bez niczyjej pomocy. Scena ta symbolizuje wyjście Wokulskiego na świat zewnętrzny. – dlaczego Wokulski ożenił się ze starą Minclową: w jednym fragmencie powieści czytamy, że dlatego iż zrezygnował z młodzieńczych ideałów a w innym, że z powodu biedy i wizji śmierci głodowej. – na co zmarła Małgorzata Mincel: W I tomie Węgrowicz mówi, że się czymś objadła. W tomie II Ignacy Rzecki wspomina, że zmarła wskutek posmarowania ciała jakimś „odmładzającym likworem”. – Najsłynniejszy sklep w literaturze mieścił się przy Krakowskim Przedmieściu 7. Dziś jest tam księgarnia im. Prusa a na tablicy wmurowanej w ścianę kamienicy można przeczytać: „Tu mieszkał Ignacy Rzecki, postać powołana do życia przez Bolesława Prusa w powieści pt. Lalka, były oficer piechoty węgierskiej, uczestnik kampanji roku 1848, handlowiec, sławny pamiętnikarz, zmarły w roku 1879.”Do Zasławka przybywa Izabela, dzięki czemu Wokulski spędza z nią sporo czasu. Mówi pannie Izabeli o swoich uczuciach i nie zostaje odepchnięty, co go bardzo cieszy. 17. Po powrocie do Warszawy Wokulski często bywa w salonie Łęckich, jednak jej często nie ma. Woli od nich wizyty u pani Stawskiej, która zaczyna się w nim zakochiwać. 18.
Stanisław Wokulski pokochał Izabelę Łęcką od pierwszego wejrzenia. W dniu, w którym dostrzegł ją w teatralnej loży, postanowił uczynić wszystko, by zdobyć jej rękę. Warto jednak zastanowić się, czy uczucie żywione przez głównego bohatera do niebywale urodziwej arystokratki można w ogóle nazwać miłością. Miłość to troska, a tej w postępowaniu Wokulskiego nie brakuje. Początkowo z bezpiecznego dystansu, później już jawnie, bez ukrywania się, bohater robi wszystko, by uczynić życie rodziny Łęckich lepszym, a zarazem przypodobać się pannie Izabeli. Nie wie jednak, że wybranka nie postrzega jego działań pozytywnie, a wręcz przeciwnie - traktuje je jako upokarzającą jałmużnę. Mimo to Wokulski kontynuuje swój zamysł, kupuje konia należącego do Krzeszowskiego, wygrywa wyścig, a nawet pojedynkuje się z baronem. Wszystko to, by Łęcka spojrzała na niego z sympatią. Miłość to gotowość do poświęceń. Główny bohater „Lalki” nie szczędzi ani pieniędzy, ani sił, będąc w drodze po wspaniały laur miłości. Kiedy panna Izabela prosi o zorganizowanie godnego przyjęcia dla Rossiego, Wokulski angażuje się w to ze zdwojoną siłą. Nadto chętnie udziela się on w kwestach charytatywnych i uczęszcza na bale. Ważnym aspektem miłości jest prawdziwa znajomość drugiej osoby. Tutaj Wokulski oszukuje sam siebie. Łęcka często krzywdziła go swoim postępowaniem, co on tłumaczył sobie w taki sposób, by nie zamazać wyidealizowanej wizji panny Izabeli, nie przypisać jej złych intencji. Winę najczęściej lokował więc w samym sobie. Prawdziwa miłość jest także związana z pragnieniem szczęścia tej drugiej osoby. Wokulski nie zna panny Izabeli, spędza z nią czas, lecz w gruncie rzeczy wie o niej bardzo niewiele. Poza jego świadomością pozostają refleksje arystokratki dotyczące przyszłości u boku wspaniałego, zamożnego małżonka, który być może zostanie zapoznany z nią dzięki pośrednictwu Wokulskiego. Głównego bohatera widziała ona raczej na stanowisku plenipotenta, zarządcy majątku. Pragnąc ofiarować Łęckiej szczęście, główny bohater działa więc po omacku, w sposób nie do końca spełniający jej oczekiwania. Miłość powinna być uczuciem świadomym i odpowiedzialnym, godzącym się na wady drugiej osoby i dążącym do poprawy własnych braków. Uczucie Stanisława Wokulskiego jawi się raczej jako bezgraniczne uwielbienie wyidealizowanego wizerunku panny Łęckiej. Wizerunku, dla którego bohater gotów uczynić jest wszystko. W świetle powyższych rozważań odpowiedź na postawione wcześniej pytanie może być tylko jedna. Relacja Stanisława Wokulskiego i Izabeli Łęckiej nie opiera się na prawdziwej miłości. Główny bohater „Lalki” kocha nie tyle samą pannę Izabelę, co jej wyobrażenie, które powstało wskutek jej niebywałej urody. Zamożny kupiec żył nadzieją, że ich dusze połączą się któregoś dnia. Jednakże pochodziły one z zupełnie innych światów. Rozwiń więcej
Spis treści. 1 Lalka rozprawka miłość – analiza i interpretacja. 1.1 Charakterystyka głównych bohaterów. 1.1.1 Rozwój postaci Wokulskiego; 1.1.2 Portret Izabeli Łęckiej; 1.1.3 Znaczenie postaci Rzeckiego
Po wyjeździe Suzina Wokulski otrzymał list od Rzeckiego, w którym stary przyjaciel prosił go o pomoc w odnalezieniu Ludwika Stawskiego, męża pani Heleny. Postanowił skorzystać w tym celu z usług baronowej, do której udał się niezwłocznie. Z zadowoleniem przyjęła zlecenie i zaprosiła Wokulskiego do bywania w jej salonie. Wokulski po wyjeździe Suzina został w Paryżu sam. Całe dni spędzał na zwiedzaniu i innych rozrywkach. W jego głowie zrodził się dylemat: czy słuchać serca i wrócić do Warszawy, czy rozumu i pomóc Geistowi w doświadczeniach. Idzie do chemika, aby jeszcze raz obejrzeć metale i upewnić się, że nie jest zwodzony. Geist informuje go jednak, że udało mu się sprzedać armii materiał wybuchowy i na kilka lat ma pieniądze na swoje doświadczenia. Wokulski zegna go serdecznie i prawie decyduje się pomagać profesorowi. W domu dalej analizuje, co należałoby teraz zrobić. Czyta fragment sonetów Mickiewicza, mówiący o miłości i zarzuca mu fałszowanie, idealizowanie tego uczucia. Na ostateczną decyzję wpływa list od prezesowej, proszący o rychły powrót i pogodzenie się z panną Izabelą. Wokulski natychmiast decyduje się na V Człowiek szczęśliwy w miłościStreszczenie rozdziału: Powrót Wokulskiego do Warszawy i wyjazd do Zasławka Na miejscu zastał świetnie prosperujący interes, a także kolejny list od prezesowej, ponaglający do złożenia wizyty oraz od Suzina z propozycją podobnej współpracy zimą. Przyjacielowi odpisał, że się zgadza i w październiku będzie w Moskwie, a następnie wsiadł w pociąg i pojechał do prezesowej. Po drodze zauważył, że wzbudza zainteresowanie i że jest ważną i znaną osobą, o której plotkuje całe miasto. W pociągu przysiada się do niego i nawiązuje serdeczną rozmowę baron Dalski, jeden z dwu stałych konkurentów panny Izabeli. Szybko jednak okazuje się, że baron od 5 tygodni jest narzeczonym panny Eweliny Janockiej, wnuczki prezesowej. Baron jest z tego powodu niezwykle szczęśliwy i, niestety, trochę naiwny, gdyż panna, sądząc po przytoczeniu kilku jej zwyczajów, np. zamiłowania do kosztowności, raczej nie wychodzi za barona z miłości. Nad ranem docierają do właściwej miejscowości, gdzie w restauracji na dworcu czekają na konie. Baron informuje Wokulskiego o stałych gościach pani prezesowej: pani Wąsowska – młoda wdowa, Starski, Fela Janocka, Ochocki, a także panna Łęcka z VI Wiejskie rozrywkiStreszczenie rozdziału: Wokulski dociera do Zasławka, Wąsowska kokietuje bohatera W drodze do Zasławka spotykają powóz ze znakomitą większością stałych gości prezesowej: nie ma tylko Łęckich. Wszyscy przesiadają się do powozu i w wesołych nastrojach przy gwarnej rozmowie docierają do majątku prezesowej. Tam po wspólnym śniadaniu wszyscy się rozchodzą. Wokulski pogłębia nowe znajomości. Oglądając gospodarstwo prezesowej zauważa, że wszystkim jest tu dobrze, parobcy mieszkają w znakomitych warunkach, mają zdrowe dzieci, nie są głodni i że wszyscy są głęboko przywiązani do gospodyni. Ochocki objaśnia mu stosunki między niektórymi gośćmi, a zwłaszcza miedzy Starskim a Wąsowską, która darzyła go sympatią, ale od kilku tygodni to się zmieniło. Po obiedzie wszyscy udają się do altany, gdzie Starski wygłasza „przemowę” o konieczności żenienia się z uwzględnieniem majątku i pozycji. Podejście takie krytykuje Wokulski, czym zyskuje przychylność prezesowej i pani Wąsowskiej. Domyśla się on także, że narzeczoną barona coś łączy ze Starskim. Wąsowska zabiera Wokulskiego na konna przejażdżkę, podczas której kokietuje go wyraźnie. On jednak nie odpowiada na zaloty, co ją wyraźnie denerwuje. Wywiązuje się między nimi rozmowa na temat miłości i relacji między kobietą a mężczyzną. Pani Wąsowska bawi się bowiem swoimi konkurentami, czekając na kogoś nietuzinkowego. Otwiera to oczy Wokulskiemu na kobiecą przewrotność. Rozstają się jednak jako przyjaciele. Rozdział VII Pod jednym dachemStreszczenie rozdziału: Przyjazd Łęckiej do Zasławka, kurtuazyjne rozmowy z Wokulskim Podczas gdy Wokulski był na konnym spacerze z panią Wąsowską, do Zasławka przyjechała panna Izabela. Był to dla niej trudny wyjazd, gdyż domyślała się, że może być swatana z Wokulskim. Postanowiła przywitać go z rezerwą, a nawet pogardą. Do tego wiedziała, że Starski nie otrzyma w spadku majątku prezesowej, więc odpadł jako konkurent do jej ręki. Również baron przestał się do niej zalecać, zaręczywszy się z panną Eweliną. Ubodło to mocno ambicję Izabeli – nie kochała barona, ale nie mogła mu darować, że pokochał inną. Gdy zaś przybyła do dworku okazało się, że wszyscy mówią tylko o Wokulskim, że pani Wąsowska go kokietuje, a panna Fela jest nim zauroczona. Nie był to już jakiś tam, kupiec galanteryjny, ale człowiek, który wracał z Paryża, miał ogromny majątek i stosunki, którym zachwycał się baron, którego kokietowała Wąsowska... Izabela odbyła również rozmowę z prezesową, podczas której okazało się, że dla staruszki nie liczy się urodzenie i że niezmiernie ceni i lubi pana Stanisława. Wokulski upewniał się coraz bardziej w tym, że Starskiego i pannę Ewelinę coś łączy. Sama zaczęła mu się niejako „tłumaczyć” dlaczego wychodzi za barona – wyszło, że robi to poniekąd ze słabości charakteru i litości, jaką go darzy. Rozmowa ta znów nasunęła Wokulskiemu refleksje o dwulicowości kobiet. Po obiedzie doszło do długiej rozmowy między Wokulskim a Izabelą, podczas której ona broniła wyższości rasowej arystokracji, a on obstawał przy tym, że wyższość można zyskać tylko ciężką pracą.. Nie doszło jednak do sprzeczki, a Wokulski był zauroczony „rezolutnymi” argumentami panny. W dobry humor wprowadziło go zwłaszcza zakończenie rozmowy, kiedy to Izabela podziękowała mu za zakup kamienicy i ocalenie 20 tysięcy, o które mniej zapłaciłaby Krzeszowska. Mogła tak zrobić bez urażenia swojej dumy, gdyż również baronowa chce dać obecnie za dom 90 tysięcy. Obydwoje wrócili do dworku w dobrych nastrojach. Przez kilka kolejnych dni padał deszcz, więc każdy zajmował się sobą, a gdy znów wróciła pogoda zarządzono wyprawę na rydze. Rozdział VIII Lasy, ruiny i czaryStreszczenie rozdziału: Ocieplenie relacji Izabeli i Stanisława W drodze do lasu Wokulski opowiada o swoim locie balonem, co budzi tęsknotę w Ochockim tak, że nie jest on już w stanie myśleć o rydzach. W lesie tworzą się pary do zbierania: Wąsowska i Starski, Izabela i Ochocki oraz Fela i Wokulski. Jednak Ochocki rezygnuje, a panna Fela woli iść z ciotkami i tym sposobem Wokulski idzie razem z panną Łęcką. Żadne z nich nie ma jednak ochoty na grzybobranie. Zaczynają rozmowę, w której Wokulski pyta, czy wolno mu myśleć o pannie Izabeli. Ta jest początkowo zakłopotana, ale ostatecznie się zgadza, sugerując, że Wokulski jest na równi np. ze Starskim. Po powrocie z grzybobrania następne kilka dni Wokulski i Izabela spędzali razem. Często spacerowali milcząc. Pewnego dnia prezesowa przypomniała, że należy postawić nagrobek na grobie stryja Wokulskiego. Wokulski i Izabela wybrali się odwiedzić ruiny zamku w Zasławiu. Spotkali tam rzemieślnika Węgiełka, wykonującego na polecenie prezesowej kamień upamiętniający miejsce jej spotkań ze stryjem Wokulskiego. Węgiełek opowiada Wokulskiemu i Izabeli wzruszającą historię o śpiącej królewnie. Wokulski w sposób śmiały pyta się Izabeli: Obudzisz się ty, moja królewno?Izabela daje na to wymijającą odpowiedź: Nie wiem, może. Przemilczenie Izabeli nie zmartwiło Wokulskiego – nie odpowiedziała przecież: nie. Postanowił czekać, aż sama powróci do jego propozycji. Tego samego dnia panna Izabela wyjechała (co było zaplanowane dzień wcześniej), zapraszając adoratora do odwiedzin. W domu prezesowej panowała napięta atmosfera. W rozmowie z Wokulskim przyznała się, że chciałaby aby Ewelina i baron lub Starski opuścili Zasławek. Przypomniało mu się wtedy, że podpalając zapałką papierosa zobaczył Starskiego i Izabelę w dwuznacznej sytuacji, ale uznał to za przywidzenie (teraz też chciał w to wierzyć). Wieczorem przyszedł do niego na rozmowę baron, który także zaczął podejrzewać związek Eweliny ze Starskim, choć się do tego wprost nie przyznał. Po wyjeździe Izabeli Wokulski był osowiały i apatyczny, wszystko przypominało mu ostatnie chwile szczęścia. W momencie takiej tęsknoty spotyka go w lesie Wąsowska, która początkowo trochę z niego drwi, ale ostatecznie daje przyjacielskie rady. Wokulski postanawia wyjechać – prezesowa rozumie, że nie ma tu teraz co robić. Przed wyjazdem Wokulski zaprasza do siebie do Warszawy Ochockiego, aby powiedzieć mu o możliwości współpracy z Geistem. Wraca do domu przez Zasław, gdzie skontrolowawszy napis na nagrobku stryja (kilka wersów z „Do M…” Mickiewicza), zabiera ze sobą w nagrodę jego twórcę – IX - Pamiętnik starego subiektaStreszczenie rozdziału: Rzecki wspomina proces o Lalkę, a także list baronowej do Wokulskiego. Rzecki dowiaduje się o zamiarze sprzedaży sklepu przez Stacha Rzecki opisuje sytuację polityczną w 1879 r. (czas akcji Lalki). Następnie opowiada historię procesu baronowej Krzeszowskiej z Heleną Stawską. Wspomina, że razem z Wokulskim odwiedzili kiedyś panią Helenę, której Stach wyraźnie się spodobał. Ten jednak, po wyjściu wyznał mu, że jeśli się ożeni, to na pewno nie ze Stawską. Wokulski dostrzega jednak piękno i subtelność młodej kobiety, a zupełnie ujmuje go jej córeczka, która mając podziękować kupcowi podbiega, zarzuca mu rączki na szyję i daje całusa. Wspomina także o swoich wątpliwościach, co do uczciwości Maruszewicza oraz o ciągłych złośliwościach, jakie robią Kszeszowskiej studenci. Ponieważ mieszkają oni nad nią cały dzień czatują, aby, kiedy się wychyli przez okno, wylać jej na głowę wiadro wody. Podczas wizyty Wokulskiego i Rzeckiego baronowa „obrywa” śledziem. Po odwiedzinach u Stawskiej Wokulski dostaje anonim (nietrudno domyśleć się, że autorstwa baronowej), w którym oskarża Stawską o złe prowadzenie się, Rzeckiego o umizgiwanie się do niej, zaś samego Wokulskiego o rychłe bankructwo i romans. Na koniec poleca mu sprzedać wszystko i uciekać za granicę. Anonim wyprowadza z równowagi zarówno Rzeckiego, jak i Wokulskiego, zwłaszcza, że wkrótce pojawia się adwokat, który rzekomo reprezentuje jakiegoś Litwina (w rzeczywistości Krzeszowską) i ofiarowuje za kamienicę 80 tysięcy rubli (wtedy dom wart jest więcej), a ostatecznie 95 tysięcy. Wokulski odprawia go i mówi, że kamienicę sprzeda, ale tylko za 100 tysięcy. Rzecki idzie na piwo, gdzie spotyka znajomych Węgrowicza i Szprota, który to mówi mu, że Wokulski sprzedaje sklep. Oburzony Rzecki chce się pojedynkować z kłamcą, ale godzi ich trzeci kolega. Następnego dnia subiekt zapytuje Wokulskiego, czy to prawda, że sprzedaje sklep i żeni się z Łęcką. Ten nie odpowiada wprost, że tak, ale że być może, gdyż nikt mu przecież nie X Pamiętnik starego subiektaStreszczenie rozdziału: Relacja z procesu o lalkę między baronową Krzeszowską a Heleną Stawską Pewnego dnia baronowa Krzeszowska postanowiła odnowić swoją „wyprawkę”, spodziewając się rychłego powrotu męża. Poprosiła o pomoc panią Stawską – miała jej płacić za doradzanie. Młoda kobieta godzi się, gdyż są jej potrzebne pieniądze. Rzecki opisuje, jak wygląda dzień z życia baronowej – niemal całe dnie spędza w pokoju zmarłej córki, gdzie wszystko wygląda tak, jakby nieboszczka żyła. Tam też pozwala baronowa bawić się małej Heli. Dziewczynka najbardziej lubi zabawę z lalką Mimi. Współpraca między paniami rozwiązuje się jednak, kiedy Stawska mówi, że nie zna na tyle Wokulskiego, żeby wstawić się za Krzeszowską u niego (w sprawie tańszego sprzedania kamienicy). Pani Stawska kupuje lalkę dla Heli w sklepie u Wokulskiego – taką samą, jak ma baronowa. Mówi Rzeckiemu, że wymówiono im komorne od Nowego Roku. Po kilku dniach przybiega Wirski z wiadomością, że Krzeszowska oskarżyła młodą kobietę o kradzież i że wybuchł w związku z tym olbrzymi skandal. Rzecki poinformował o wszystkim Wokulskiego i poszedł odwiedzić panie, które siedziały z najbliższymi sąsiadami w iście grobowej atmosferze. Jednak kupiec był przekonany, że wszystko się wyjaśni, a tymczasem zaproponował Stawskiej pracę w sklepie u Milerowej, który stał się jego nową własnością. Kiedy rozpoczyna się proces - Stawskiej, oprócz matki i córki, towarzyszyli: Rzecki, Wokulski, Wirski i służąca Marynia. Okazało się, że właśnie dobiega końca rozprawa między baronową a studentami. Ostatecznie baronowa odnosi zwycięstwo. Sędzia zarządza krótką przerwę i prosi Wokulskiego na śniadanie. Po jakimś czasie rozpoczyna się proces, w którym baronowa opowiada, jak z okna u Maruszewicza dostrzegła, że Stawska zmienia (żeby wyglądała na inną) sukienkę lalki, która w tym dniu znikła z domu Krzeszowskiej. Natomiast kolejni świadkowie ze strony Stawskiej oświadczają, że lalkę zakupiono w sklepie Wokulskiego. Udowadnia to sam właściciel, karząc oderwać głowę lalki, na której widnieje logo jego sklepu. Do zniszczenia lalki, która się niechcący stłukła przyznaje się służąca baronowej. Rozdział XI
lalka. Bolesław Prus/ Aleksander Głowacki. główna postać Stanisław Wokulski-46 lat. bogaty kupiec właściciel sklepu galanteryjnej w warszawie- urodził się w 1832 roku w biednej rodzinie. Ignacy Żecki przyjaciel Staśka. stasiek opuścił mury akademii fizyczni matematycznej by walczyć w powstaniu styczniowym
Lalka Bolesława Prusa to absolutna podstawa polskiej literatury. Jest uznawana za najwybitniejsze dzieło polskiego realizmu i jedno z największych osiągnięć polskojęzycznego piśmiennictwa w historii. Opowieść o nieszczęśliwej romantycznej miłości zamożnego kupca galanteryjnego do pięknej, choć lekkomyślnej i bezpodstawnie narcystycznej arystokratki, należy niezachwianie do kanonu polskiej sztuki i od dziesiątek lat zdobywa serca nowych pokoleń czytelników. Nie znać Lalki to jak nie znać tabliczki mnożenia. Lalka – streszczenie krótkieLalka – streszczenie szczegółoweLalka – streszczenie krótkieGłównym wątkiem Lalki jest nieszczęśliwa miłość Stanisława Wokulskiego, bardzo zamożnego kupca galanteryjnego, do młodej arystokratki, Izabeli Łęckiej. Mężczyzna specjalnie w tym celu dorabia się majątku, który umożliwia mu dostanie się do wyższych sfer, lecz jego ukochana jest zbyt dumna, żeby dać się adorować komuś tak nisko urodzonemu. Wokulski stara się ją zdobyć na najróżniejsze sposoby, wykupuje długie jej ojca, wspiera rodzinę finansowo, pomaga jej krewnym i znajomym, robi wszystko, by zaimponować Łęckiej. Ta, po wielu zabiegach kupca, który poświęca dla niej swoją pracę, zdrowie, a nawet możliwość odkrycia epokowych wynalazków, zgadza się zostać jego narzeczoną, lecz na jego oczach dopuszcza się aroganckiego flirtu z Kazimierzem Starskim, co prowokuje Wokulskiego do ostatecznego zerwania zaręczyn i do nieudanej próby samobójczej. Po tym wydarzeniu Wokulskiemu już nigdy nie udaje się wrócić do pełnej równowagi. W końcu wyzbywa się wszelkich dóbr i wyrusza w podróż, a słuch o nim ginie. Innym wątkiem Lalki jest dziennik prowadzony przez Ignacego Rzeckiego, bliskiego przyjaciela i współpracownika Wokulskiego. Jest to człowiek starej daty, romantyk, od młodości zakochany w Napoleonie. Człowiek ten jest samotny i oprócz pracy i przejmowania się życiem Wokulskiego, ma tylko wspomnienia, z walk, w których brał udział w czasie Wiosny Ludów na Węgrzech w 1848 roku. Rzecki przeżył również wielki zawód miłosny, przez który chciał ze sobą skończyć, co jeszcze bardziej zbliża go do stereotypu bohatera romantycznego. Wieść o śmierci Napoleona IV doprowadza go do znacznej utraty zdrowia. Ważnym bohaterem w Lalce jest również Julian Ochocki. Jest to przedstawiciel najmłodszego pokolenia – ludzi w pełni zaabsorbowanych przez idee pozytywistyczne. Ochocki jest energiczny, ma wiele pomysłów i mnóstwo zapału do pracy na rzecz ludzkości, jednak utrudnia mu to brak odpowiednich warunków. Jest zdegustowany pustotą życia szlachty, z której pochodzi, jej nieporadnością i postępującą degrengoladą. Lalka to również panorama polskiego społeczeństwa drugiej połowy XIX wieku, oglądanego w perspektywie Warszawy. Jest więc z jednej strony arystokracja, która w dużej mierze zatraciła już jakiekolwiek atrybuty i autorytet, zajęta jest wyłącznie trwonieniem majątków na przyjemności, za nic mając potrzeby społeczeństwa (chwalebnymi wyjątkami są Julian Ochocki czy prezesowa Zasławska). Jest również mieszczaństwo, podzielone na wiele narodowości, z których rzadko która nie pała uprzedzeniami wobec innej. Każdy skupiony jest tu na własnym interesie i graniczy z cudem znalezienie człowieka nastawionego na pomoc ubogim. Jest wreszcie warstwa najuboższa – ludzie, którzy nie są w stanie pracować na rzecz poprawy gospodarki państwowej, ponieważ każdego dnia muszą walczyć o przetrwanie. Lalka porusza również temat stanu współczesnej XIX-wiecznej nauki oraz technologii. Wątek ten przejawia się w zainteresowaniach wynalazczych Ochockiego, w postaci profesora Geista i jego pragnieniu wynalezienia metalu lżejszego od powietrza, wreszcie w samym Wokulskich, którego nauka pociąga, jednak poświęca tę pasję na rzecz starania się o miłość Łęckiej. Lalka – streszczenie szczegółowePowieść rozpoczyna się od sceny rozmowy kilku mężczyzn w pewnej kawiarni na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie w 1878 roku. Rozmawiają oni o Stanisławie Wokulskim i losach jego sklepu galanteryjnego znajdującego się nieopodal. Z rozmowy dowiadujemy się, że Wokulski to przedsiębiorca, który dzięki swojej wytężonej pracy i determinacji doszedł do fortuny, mimo biednego urodzenia. Przerwał studia, by wziąć udział w powstaniu styczniowym, za co został zesłany na Sybir, skąd wrócił w 1870 roku. Zatrudnił się jako subiekt w sklepie Mincla, po którego śmierci ożenił się z wdową po nim. Kiedy jego żona zmarła, Wokulski odziedziczył rodzinny majątek, a po jakimś czasie postanowił go rozmnożyć na wojnie rosyjsko-tureckiej, z której lada dzień miał powrócić. Pod jego nieobecność sklepem zawiaduje jego przyjaciel, stary subiekt, Ignacy Rzecki. To człowiek starej daty, który w sklepie rodziny Minclów spędził większość życia. Charakteryzuje go romantyczne usposobienie, samotniczy tryb życia, poświęcenie się pracy oraz wpojona jeszcze w dzieciństwie przez ojca miłość do Napoleona. Rzecki brał udział w walkach w czasie Wiosny Ludów w 1848 roku. Wokulski wraca do kraju i spotyka się z Rzeckim. Mężczyźni rozmawiają, okazuje się, że Wokulski stał się bardzo majętnym człowiekiem. Mówi, że zrobił fortunę, by nikt nie wypominał mu, że wzbogacił się dzięki spadkowi po Minclach, lecz potem okazuje się, że pieniądze były mu potrzebne, by móc wejść w zamożne towarzystwo Izabeli Łęckiej. Poznajemy Izabelę Łęcką i jej ojca Tomasza. Kobieta jest nieprzeciętnie piękna i jednocześnie nieprzeciętnie zepsuta przez arystokratyczne wychowanie i życie w luksusach. Od hrabiny Karolowej dowiaduje się, że jej ojciec przez nieodpowiedzialne gospodarowanie stracił większość majątku, a ratunku z tragicznej sytuacji finansowej upatruje w znajomości z Wokulskim, który ma obracać jego pieniędzmi i w ten sposób zarobić. Okazuje się, że Wokulski kupił również srebra Łęckich oraz wykupił ich weksle, co doprowadza Izabelę do wniosku, że mężczyzna próbuje ją osaczyć. Kobieta postanawia udać się do jego sklepu, gdzie konfrontuje się z mężczyzną. Robi Wokulskiemu na złość zamieniając z nim tylko kilka słów i flirtując z subiektem. Mężczyzna wyrzuca sobie zakochanie w takiej kobiecie i wybiera się na spacer po Powiślu, gdzie jest świadkiem życia najbiedniejszej warstwy społeczeństwa. Dwa dni później w Wielki Piątek, Wokulski udaje się do kościoła, gdzie kwestują hrabina Karolowa i panna Izabela, na oczach których składa duży datek. Obiecuje również wsparcie finansowe dla ochronki dla dzieci hrabiny. Izabela zachowuje się wobec niego arogancko. Wokulski w kościele spotyka również prostytutkę Mariannę, której pomaga wyrwać się z ulicznego życia. Kupiec udaje się na śniadanie wielkanocne do hrabiny, gdzie zostaje wprowadzony w towarzystwo arystokracji, w którym budzi zarówno pozytywne, jak i negatywne reakcje. Zostaje przedstawiony prezesowej Zasławskiej, która – jak się okazuje – w młodości miała romans z jego stryjem, przez co jest kupcowi przychylna. Wokulski wychodzi ze spotkania z mieszanymi uczuciami. Wokulski nawiązuje znajomość z panem Collinsem, który uczy go angielskiego (dla zaimponowania Izabeli) oraz panią Meliton, znaną warszawską swatką, która ułatwia mu zbliżanie się do rodziny Łęckich. Mężczyzna jest obecny na spotkaniu, które ma na celu zebranie inwestorów dla spółki handlowej z Rosją, która ma usprawnić warszawski rynek i stworzyć miejsca pracy. Na spotkaniu poznaje on Juliana Ochockiego, młodego arystokratę, który jednak różni się od zmanierowanych i zblazowanych przedstawicieli swojej kasty. Jest energiczny, ambitny i przedsiębiorczy, marzy o wynalezieniu maszyny latającej dla dobra ludzkości. Gardzi pustotą życia arystokracji oraz płytkością uczuć współczesnych kobiet. Przypadają sobie z Wokulskim do gustu. Wokulski dowiaduje się o licytacji kamienicy Łęckich i decyduje się ją kupić za cenę mocno przekraczającą jej wartość, by wspomóc finansowo Łęckich. Zawiązuje w tym celu intrygę ze starym Szlangbaumem i adwokatem Maruszewiczem, by Ci sztucznie wywindowali cenę kamienicy. Wokulski kupuje również od baronowej Krzeszowskiej (nieprzychylnej Łęckim) klacz, która ma duże szanse na wygraną w zbliżających się wyścigach. Wie bowiem, że w ten sposób może zrobić wrażenie na Łęckiej. Klacz wygrywa wyścig, co rzeczywiście robi wrażenie na Izabeli, która zachowuje się wobec adoratora bardzo łaskawie. Pojawia się przy nich również baron Krzeszowski, który żartuje, że adoratorzy Izabeli dorabiają się jego kosztem, co wprawia w zakłopotanie Łęcką i za co Wokulski wyzywa barona na pojedynek, z którego on wychodzi zwycięsko, a baron z okaleczoną twarzą. Mężczyźni godzą się, a baron wystosowuje do Izabeli list, w którym prosi o pogodzenie. Taki ruch powoduje falę dobrych myśli kobiety, która jednak nadal ma ogromny problem z zaakceptowaniem Wokulskiego w swoim towarzystwie ze względu na jego niskie pochodzenie. Zaprasza go jednak na obiad, w czasie którego mężczyzna umyślnie zachowuje się po prostacku, by sprowokować rozmowę, w której mógłby popisać się swoim bogatym doświadczeniem. Pada postanowienie o wspólnej podróży Łęckich i Wokulskiego do Paryża. W czasie spaceru po Łazienkach, Wokulski rozmawia z Izabelą o przyjeździe do Warszawy wybitnego aktora włoskiego – Rossiego. Mężczyzna obiecuje ukochanej, że aktor będzie w Warszawie oklaskiwany jak nigdzie dotąd. Później opłaca ludzi którzy wywołują na jego występach burzę oklasków. W tym samym czasie dochodzi do licytacji kamienicy Łęckich, którą w imieniu Wokulskiego kupuje Szlangbaum. Kupiec ponadto obiecuje Łęckiemu bardzo duży procent z obracaniem jego pieniędzmi, a także spłaca jego długi u Żydów. Izabela jest coraz bardziej zaniepokojona tym, jak Wokulski coraz bardziej wkracza w życie jej i jej ojca, zwłaszcza, że Łęcki wydaje się być nim oczarowany. Do Warszawy wraca Kazimierz Starski, daleki kuzyn Izabeli, młody, narcystyczny i arogancki człowiek, który roztrwonił cały swój majątek na hulaszczy tryb życia, jeden z adoratorów Izabeli. Jego odwiedziny zbiegają się z odwiedzinami Wokulskiego. Izabela na złość kupcowi, rozmawia z kuzynek po angielsku, którego ten pierwszy nie rozumie. Mężczyzna czuje się upokorzony i opuszcza dom Łęckich. W rozgoryczeniu postanawia samotnie wyjechać do Paryża, odpowiadając na zaproszenie Suzina, z którym ma tam robić interesy. W tym czasie Rzecki ma gospodarować kamienicą Wokulskiego. Wokulski trafia do Paryża, gdzie zajmuje się interesami z Suzinem i zarabia bardzo dużo pieniędzy. Przy okazji poznaje Paryż, który robi na nim ogromne wrażenie. Wchodzi również w kontakt z niejakim profesorem Geistem, który jest niepoprawnym i ekscentrycznym wynalazcą, wyklętym ze środowiska naukowego za zbyt rewolucyjne wyniki badań. Geist próbuje namówić Wokulskiego na zainwestowanie w swoje wynalazki – nowe metale, w tym jeden lżejszy od wody. Geist rozsiewa przed kupcem perspektywę wynalezienia metalu lżejszego od powietrza. Wokulski jest właściwie zdecydowany na to, by pozostać w Paryżu i wejść we współpracę z profesorem, jednak dochodzi do niego list od prezesowej Zasławskiej, która zaprasza go do swojego majątku i dodaje, że specjalnie zaprosiła tam również Izabelę. Wokulski automatycznie zmienia swoje plany o sto osiemdziesiąt stopni i od razu wraca do Polski. Wokulski przybywa do Zasławka, gdzie poznaje kolejnych arystokratów: barona Dalskiego, jego młodą narzeczoną, Ewelinę Janocką, Felicję Janocką, Kazimierę Wąsowską. Są tam również Łęccy, Ochocki, Starski oraz gospodyni – prezesowa Zasławska. Wokulski jest pod wrażeniem tego, jak dobrze funkcjonuje majątek starej arystokratki. Widać, że nie spędziła ona życia na próżnych zbytkach, lecz na pracy na rzecz najuboższych. Kolejne dni upływają obecnym na wspólnych posiłkach, rozmowach, spacerach oraz przejażdżkach konnych. Izabelę denerwuje to jak życie Zasławka kręci się wokół Wokulskiego, dlatego traktuje go złośliwie. Po jakimś czasie jednak zaczynają ze sobą rozmawiać dużo otwarciej niż do tej pory i Wokulski wyznaje kobiecie głębsze uczucie, czego Izabela nie odwzajemnia, ale też nie odrzuca. Para spędza ze sobą kilka dni. Idą do ruin zamku, gdzie Wokulski obiecał Zasławskiej wyryć na kamieniu kilka wersów Mickiewicza na pamiątkę jej romansu ze stryjem kupca. Najmuje do tej pracy miejscowego rzemieślnika Węgiełka, który imponuje mu swoją pracowitością, dlatego postanawia mu pomóc w odbudowaniu warsztatu. Łęcka nagle wyjeżdża, ale daje dużo nadziei Wokulskiemu. Po powrocie do Warszawy Wokulski dowiaduje się o fałszywym oskarżeniu Krzeszowskiej wobec Heleny Stawskiej, młodej wdowy i samotnej matki opiekującej się również swoją matką, która rzekomo miała ukraść lalkę z domu baronowej. Wokulski namówiony przez Rzeckiego staje w obronie kobiety, która jest osobą bardzo szlachetną, pracowitą i uczciwą. Kupiec upokarza przed sądem baronową i wydaje się, że zbliży się do Stawskiej, która jest nim zafascynowana, lecz nie potrafi przewalczyć uczucia do Łęckiej. Pomaga jednak kobiecie, daje jej dobrze płatną pracę (dotąd ledwo wiązała koniec z końcem) w swoim drugim sklepie, a także pomaga dowiedzieć się czegoś o jej zaginionym mężu, który – jak się okazuje – umarł zagranicą. Wokulski decyduje się sprzedać sklep, ponieważ jego zawód umniejsza mu w oczach Łęckiej. Wywołuje to sprzeciw Rzeckiego i zmianę stosunków wśród subiektów, gdyż nowym właścicielem ma zostać Szlangbaum, któremu dotąd dokuczono ze względu na żydowskie pochodzenie. Wokulski ubolewa nad tym, że nie został zaproszony na bal do księcia, na którym miała pojawić się Izabela. Rzecki jednak namawia go, by wieczór ten spędzili u Stawskiej i jej matki, co też robią, jednak potem Wokulski w tajemnicy jedzie pod pałac księcia i przypatruje się balowi przez okno, na czym przyłapuje go zaniepokojony Rzecki. Wokulski coraz częściej jest u Łęckich i coraz bardziej zbliża się do Izabeli, jednocześnie coraz bardziej przekonuje się o płytkości jej oraz świata, w którym ona żyje, jednak cały czas tłumaczy to tak, by nie ucierpiał na tym wizerunek ukochanej. Napięcia tego typu łagodzą spotkania ze Stawską, która jest łagodna, mądra i spokojna. Wokulski ostatecznie zniesmacza się do Łęckiej, kiedy widzi jak ta na pokaz ekscytuje się grą Moliariego – przeciętnego skrzypka, modnego wśród zblazowanej arystokracji. Zniesmaczenie jednak mija i zamienia się w poczucie winy, które prowokuje go do jeszcze bardziej wiernopoddańczego oddania się Łęckiej. Łęckich wzywa do Krakowa ciotka Hortensja, wraz z nimi w podróż udaje się Wokulski i Starski. W pociągu Wokulski jest świadkiem porażającej sceny: Starski i Łęcka myśląc, że mężczyzna nie rozumie angielskiego, flirtują ze sobą i obmawiają go. Wokulski pogrąża się w rozpaczy obserwując jak jego świeżo upieczona narzeczona daje się obłapiać adoratorowi-bankrutowi, który na dodatek cały czas go obraża. Kupiec pozoruje wezwanie go do Warszawy i wysiada z pociągu na stacji w Skierniewicach, jednocześnie dając do zrozumienia że wszystko zrozumiał. Kiedy pociąg odjeżdża, mężczyzna próbuje popełnić samobójstwo z żalu, lecz ratuje go przed tym dróżnik – brat Wysockiego, któremu kupiec pomógł uzyskać posadę. Po powrocie do Warszawy Wokulski pogrąża się w apatii. Nigdzie nie chodzi, nikogo nie przyjmuje, rozmawia tylko z Szumanem i Rzeckim. Wycofuje się ze spółki handlowej, którą podobnie jak sklep, przejmuje Szlangbaum, co powoduje wycofanie się wielu inwestorów. Po paru miesiącach wegetacji, Wokulski powoli zaczyna wracać o żywych. Zachęcony przez Ochockiego, wraca do zainteresowania nauką, odwiedza Wąsowską, z którą wdaje się we flirt. Do niczego jednak nie dochodzi ani z Wąsowską, ani ze Stawską. Mężczyzna pozbywa się ruchomości, żegna się z Rzeckim mówiąc, że sam nie wie, co z nim teraz będzie i wyjeżdża do Moskwy. Powieść kończy się rozdziałem, w którym dokańczane są wszystkie wątki. Baron Dalski zrywa z Eweliną Janocką po nakryciu jej na zdradzie ze Starskim, Węgiełek rozczarowuje się małżeństwem z Marianną, Rzecki planuje założenie sklepu z Mraczewskim i Stawską, którzy się pobierają, Tomasz Łęcki umiera, a Izabela straciwszy resztki szacunku i ostatnich adoratorów, powzięła zamiar pójścia do zakonu. O Wokulskim krąży wiele plotek, jedne mówią, że oszalał, inne, że planuje wyjechać aż do Indii i Ameryki. Węgiełek w liście do Rzeckiego sugeruje, że kupiec nie żyje, gdyż był widziany na zamku w Zasławiu na chwilę przed eksplozją, a wcześniej był widziany jak kupował dynamit. Nie znaleziono jednak ciała, co przekonuje starego subiekta, że Stach żyje. Na sam koniec umiera Rzecki, którego Szuman określa „ostatnim romantykiem”.
Jednym z najbardziej znanych i najważniejszych dzieł polskiego pozytywizmu jest powieść realistyczna Bolesława Prusa zatytułowana „Lalka”. Po raz pierwszy została ona wydana w roku 1890, podczas gdy wcześniej ukazywała się w odcinkach w latach 1897-1889. Jej głównym bohaterem jest Stanisław Wokulski, czyli człowiek, który żył na przełomie epok romantyzmu i pozytywizmu.
{"rate": {"id":"1174","linkUrl":"/film/Lalka-1968-1174","alt":"Lalka","imgUrl":" powieści Bolesława Prusa. Zamożny kupiec wszelkimi sposobami stara się zdobyć serce ubogiej, lecz wyniosłej szlachcianki. Więcej Mniej {"tv":"/film/Lalka-1968-1174/tv","cinema":"/film/Lalka-1968-1174/showtimes/_cityName_"} {"linkA":"#unkown-link--stayAtHomePage--?ref=promo_stayAtHomeA","linkB":"#unkown-link--stayAtHomePage--?ref=promo_stayAtHomeB"} Adaptacja powieści Bolesława Prusa. Historia zamożnego kupca warszawskiego Stanisława Wokulskiego i jego miłości do pięknej, lecz zubożałej arystokratki Izabeli Łęckiej. Temu niszczącemu uczuciu Wokulski podporządkowuje swoje interesy, wchodzi w niekorzystne dla siebie układy z rodzinami arystokratycznymi, chcąc w pośredni sposób pomócAdaptacja powieści Bolesława Prusa. Historia zamożnego kupca warszawskiego Stanisława Wokulskiego i jego miłości do pięknej, lecz zubożałej arystokratki Izabeli Łęckiej. Temu niszczącemu uczuciu Wokulski podporządkowuje swoje interesy, wchodzi w niekorzystne dla siebie układy z rodzinami arystokratycznymi, chcąc w pośredni sposób pomóc ukochanej. Lekceważy uwagi i rady swego przyjaciela i współpracownika Ignacego Rzeckiego, daje się zwodzić Izabeli flirtującej po cichu z przystojnym kuzynem Starskim. W 1964 roku Kazimierz Brandys napisał scenariusz do filmu, jednak nie spodobał się on Hasowi, który zdecydował się stworzyć swoją wersję. Uwaga Spoiler! Ten temat może zawierać treści zdradzające fabułę. Bardzo ciężko jest się 'wbić' w ten film. Przeskakujące wątki, ominięcie wielu ważnych wydarzeń... Wiem, że to jest tylko ADAPTACJA, ale bez przeczytania książki trudno jest zrozumieć o czym tak na prawdę jest ten film. Natomiast muzyka i scenografia to na prawdę świetna robota. Zachwyciła mnie ... więcej Właśnie obejrzałem, krótko: wgniata w fotel. Aktorstwo genialne, Has zrobił świetną robotę, szkoda, że teraz takich filmów już się nie kręci i niestety kręcić nie będzie, lepiej zrobić testosteron, albo kac wawę, zgarnąć w tygodniu otwarcia więcej niż wyniósł budżet i odetchnąć, że się udało, no ale cóż to ... więcej Adaptacja filmowa rządzi się swoimi prawami, ale ciężko jest nie porównywać jej z pierwowzorem. Jeśli ktoś po przeczytaniu powieści Prusa wciąż wątpi w to, że jest ona arcydziełem, powinien obejrzeć film Hasa. Dopiero wtedy zobaczy, że żaden film nie będzie w stanie unieść tego, co niesie ze sobą ... więcej jak to film, traktuje powieść w sposób bardzo skrótowy i przez to jest nieco niezrozumiały. Ponadto grają w nim , oprócz głownych postaci, aktorzy mniej znani. Pod każdym względem lepsza jest adaptacja Lalki Prusa w postaci serialu nakręconego przez Ryszarda Bera. Pewnie dlatego serial został ... więcej
Autor Bolesław Prus. Autorką charakterystyki jest: Adrianna Strużyńska. Kazimierz Starski jest negatywną postacią, która nie wzbudza sympatii czytelnika. Stanowi żywy przykład zepsucia arystokracji. Usiłuje odzyskać stracony majątek przez spadek lub związek z majętną
Bolesław Prus – Lalka – Dzieje Stanisława Wokulskiego Stanisław Wokulski główny bohater powieści Bolesława Prusa Lalka miał życie pełne burzliwych przeżyć. Urodził się około 1835 r. w zubożałej rodzinie szlacheckiej. Gdy ojciec stracił majątek, zaczął pracować jako subiekt w winiarni Hopfera. Częste kontakty ze studentami Akademii Medycznej i Szkoły Sztuk Pięknych rozbudzają w młodym Wokulskim chęć zdobywania wiedzy. Wierzy, że dzięki temu będzie miał szanse na lepsze życie. Czynił to wbrew woli ojca, który twierdzi, że nie wiedza, a majątek decyduje o wartości człowieka. W dzień pracował, zaś w nocy się uczył, początkowo w Szkole Przygotowawczej, a następnie rozpoczął studia w Szkole Głównej. Studiował jednak niecały rok, gdyż właśnie wybuchło powstanie styczniowe i Stanisław Wokulski wziął w nim udział, za co został zesłany na Syberię do Irkucka. Tam całkowicie poświęcił się nauce, jego odkrycia zyskują uznanie petersburskich profesorów. W 1870 roku wraca do kraju z nadzieją, ze i w ojczyźnie znajdzie szerokie pole działania. Bardzo się rozczarowuje, ma trudności w znalezieniu pracy. Dzięki protekcji Ignacego Rzeckiego otrzymuje posadę w sklepie Minclowej, wdowy po Janie Minclu. Rok później się z nią żeni. Nieszczęśliwy związek z kobietą o gwałtownym usposobieniu trwał tylko 5 lat. Starsza od niego żona prawdopodobnie zażyła tajemniczego eliksiru, który miał przywrócić młodość, dostała zakażenia krwi i zmarła, pozostawiając mu niemały majątek. Dlatego często wypominano Wokulskiemu jego małżeństwo z Minclową, podkreślając jego interesowność. On przyznaje się, że faktycznie ożenił się z nią bez miłości, lecz starał się być uczciwym i wiernym mężem, jak mówił pani Wąsowskiej: Byłem bardzo lichym mężem, ale za to, jak człowiek kupiony, byłem najlepszym subiektem i najwierniejszym jej sługą. Po śmierci Małgorzaty Stanisław powierzył zarządzanie sklepem Rzeckiemu, a sam powrócił do pracy naukowej. Pewnego wieczoru Rzecki namówił go na pójście do teatru i wtedy pierwszy raz ujrzał panną Izabelę Łęcką i zakochał się w niej do szaleństwa. Od tego momentu stał się innym człowiekiem, robił wszystko, by zbliżyć się do Izabeli i zyskać jej uczucie. By być godnym kandydatem na męża dla arystokratki, dał się namówić bogatemu kupcowi Suzinowi na zastawienie całego majątku odziedziczonego po Minclowej i wyjechał za granicę, gdzie zajmował się dostawami broni dla wojska podczas wojny rosyjsko-tureckiej. Dziesięciokrotnie pomnożył swój majątek, z powodzeniem mógł otworzyć w Warszawie drugi sklep oraz zawiązać spółkę handlową z kupcami rosyjskimi. Jego fortuna stale rosła, zarówno dzięki zwiększającym się obrotom sklepu, czy dzięki współpracy z przedsiębiorczym Suzinem oraz w wyniku działania spółki sprowadzającej na rynek polski tanie towary rosyjskie. Wokulski jako przedstawiciel przełomu romantyzmu i pozytywizmu, był człowiekiem, który oglądając się wstecz, nieustannie szedł jednak do przodu, swoją prace włączał w realizację programu pozytywistów. Zdobywa coraz wyższą pozycję w kraju, zapraszany jest do warszawskich salonów. By zdobyć serce Izabeli, musi udawać wielkiego pana. Zaczął jeździć własnym powozem, spacerować po Łazienkach. Dla niej postarał się o dokument potwierdzający jego szlacheckie pochodzenie, gdyż zarzucono mu przynależność do stanu mieszczańskiego. O odwzajemnienie swych uczuć Wokulski walczy głównie za pomocą środków materialnych. Dla jej przyjemności organizuje kosztowne koncerty zagranicznych artystów, wykupuje przez podstawionych ludzi licytowaną starą kamienicę Łęckich, reguluje długi pana Tomasza. W końcu dla Izabeli wyrzeka się sklepu – sprzedaje go Szlangbaumowi, gdyż według panny Łęckiej, kupiec nie był godny jej ręki. Bohater czuje się wewnętrznie rozdarty, wie, że dla niej wyrzeka się dawnych ideałów: Mam dla jej skrzydeł opuszczać swoją norę i innych robaków? To są moi – ci, którzy leżą tam na śmietniku i może dlatego są nędzni, a będą jeszcze nędzniejsi, że ja chcę wydawać po trzydzieści tysięcy rubli rocznie na zabawę w motyla. Głupi handlarzu, podły człowieku!…. Zawsze był wrażliwy na krzywdę innych, niepokoił go los najbiedniejszych mieszkańców miasta, zwłaszcza bezrobotnych nędzarzy z Powiśla. W miarę możliwości stara się im pomagać. Młodej prostytutce Marii, którą spotkał żarliwie modlącą się w kościele pomógł zerwać z nałogiem i wrócić na drogę uczciwego życia. Udziela pomocy finansowej Wysockiemu, który niegdyś pracował u niego, a który ma na utrzymaniu liczną rodzinę. To przez Łęcką uciekł do Paryża w nadziei, ze zapomni o niej, po tym, jak go upokorzyła flirtując ze Starskim podczas wizyty u Łęckich. Dochodził wówczas do wniosku, że Izabeli i ludziom z jej sfery nie jest potrzebny on sam, ale jego pieniądze. Starał się nie myśleć o niej, oddając się licznym rozrywkom. Spotkał się z profesorem Geistem, uczonym i wynalazcą, który proponował mu współpracę. Pewnie by został na stałe w Paryżu, gdyby nie list od prezesowej Zasławskiej z krótką wzmianką o Izabeli. Dlatego zdecydował się wrócić. W końcu panna Izabela Łęcka, ulegając radom krewnych i znajomych, przyjęła jego oświadczyny. Jednak Wokulski niezbyt długo cieszył się z osiągniętego celu. Hipokryzja w zachowaniu ukochanej jest nazbyt widoczna. Podczas podróży do Krakowa, Izabela flirtowała ze Starskim, nie zważając zbytnio na obecność Wokulskiego. Ujrzał prawdziwe oblicze ukochanej, która nie mając pojęcia, ze Stanisław rozumie po angielsku, kpiła z niego, wyrażała o nim pogardliwe opinie. Pod pretekstem otrzymania pilnej wiadomości wysiadł z pociągu, próbował popełnić samobójstwo. Po powrocie do Warszawy popadał stopniowo w depresję, zerwał wszystkie kontakty z arystokracją. Szuman i Rzecki starają się przywrócić przyjacielowi chęć do życia. Ignacy chce go wyswatać z panią Stawską, która od dawna w nim się kocha, lecz on kategorycznie ją odrzuca. Rezygnuje z udziału w spółce do handlu ze Wschodem, sprzedaje cały majątek, rozdysponowuje pieniądze w testamencie i znika, wyjeżdżając z Warszawy w nieznanym bliżej kierunku. Właściwie nie wiadomo, czy popełnił samobójstwo, czy wyjechał do Paryża do profesora Geista. Wokulski poniósł klęskę jako romantyk i pozytywista. Jako romantyczny kochanek poświęcił wszystko dla kobiety, która była sensem jego życia. Klęską skończyły się także jego pozytywistyczne dążenia, by pracą i wiedzą służyć ludzkości, pomnażać dobro kraju. Jak powiedział o Wokulskim doktor Szuman: Umarł przywalony resztkami feudalizmu.
- Farewell, miss Iza, farewell! - zawołał Wokulski. " Lalka: powieść w trzech tomach " (publikowana w "Kurierze Codziennym" w odcinkach w latach 1887-89, w całości wydana w 1890 r.) Aleksander Głowacki vel Bolesław Prus (ur. 20 sierpnia 1847 w Hrubieszowie, zm. 19 maja 1912 w Warszawie) - najwybitniejszy pisarz polskiego pozytywizmu.
Dołącz do innych i śledź ten utwór Scrobbluj, szukaj i odkryj na nowo muzykę z kontem Czy znasz wideo YouTube dla tego utworu? Dodaj wideo Czy znasz wideo YouTube dla tego utworu? Dodaj wideo O tym wykonwacy Andrzej Kurylewicz 4 004 słuchaczy Powiązane tagi Andrzej Kurylewicz (ur. 24 listopada 1932 r. we Lwowie, zm. 12 kwietnia 2007 r. w Konstancinie-Jeziornie), polski muzyk, kompozytor, pianista, trębacz, puzonista i dyrygent. W wieku 6 lat rozpoczął naukę gry na fortepianie w Szkole Muzycznej we Lwowie. W latach 1946-1950 kontynuował naukę w średnich szkołach muzycznych w Gliwicach i Krakowie. W latach 1950-1954 studiował w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Krakowie (w klasie fortepianu u Henryka Sztompki oraz kompozycji u Stanisława Wiechowicza) W 1954 został usunięty z uczelni za uprawianie zakazanej wówczas muzyki ja… dowiedz się więcej Andrzej Kurylewicz (ur. 24 listopada 1932 r. we Lwowie, zm. 12 kwietnia 2007 r. w Konstancinie-Jeziornie), polski muzyk, kompozytor, pianista, trębacz, puzonista i dyrygent. W wie… dowiedz się więcej Andrzej Kurylewicz (ur. 24 listopada 1932 r. we Lwowie, zm. 12 kwietnia 2007 r. w Konstancinie-Jeziornie), polski muzyk, kompozytor, pianista, trębacz, puzonista i dyrygent. W wieku 6 lat rozpoczął naukę gry na fortepianie w … dowiedz się więcej Wyświetl pełny profil wykonawcy Podobni wykonawcy Wyświetl wszystkich podobnych wykonawców